Archiwum

Archive for the ‘serial’ Category

#321 The Strain – serial

Z góry przepraszam, ale dziś we wpisie będzie więcej do oglądania niż do poczytania, a wszystko to z powodu zapowiedzi, która znajduje się powyżej. Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem, poczułem się dość mocno zaintrygowany. Pomimo tego, że w sumie nie pokazuje nic konkretnego, ale jakże jest przez to tajemnicza. Tak wiem, jest to dość tanie i powszechne zagranie ze strony speców od reklamy, aby zwrócić uwagę potencjalnych odbiorców. Jednak Guillermo del Toro podawany jako twórca tego serialu w pełni wystarczył mi, aby wpisać ten tytuł na moją listę rzeczy do sprawdzenia. Natomiast sam trailer przywodzi na myśl bliżej nieopisaną zagładę Ziemi i historie ludzi, którzy starają sobie radzić w trudnych okolicznościach nowej rzeczywistości. Jednak z drugiej strony zaczęło mi coś w głowie świtać, że ja już skądś znam ten tytuł i po krótkim poszukiwaniu potwierdziłem swoje przypuszczenia. Mianowicie tytuł oraz nazwisko twórcy idealnie pasują do serii komiksowej pod tym samym tytułem wydawanym za wielką wodą przez Dark Horse Comics. Jednak z racji enigmatyczności tej zapowiedzi nie potrafiłem tego potwierdzić, aż do ukazania się kolejnego zwiastuna zbliżającej się wielkimi krokami premiery pierwszego odcinka.

Po jego obejrzeniu wszystko stało się jasne i moje przypuszczenia okazały się jak najbardziej trafne. Opis fabuły był już znacznie pełniejszy i pokrywa się z tym co jest przedstawione na stronie wydawcy. Natomiast sama historia rozpocznie się w momencie kiedy Boeing 777 wyląduje na nowojorskim lotnisku JFK i nie będzie odpowiadał na żadne wezwania z wieży kontroli lotów. Dzielni amerykanie bojący się kolejnego zamachu terrorystycznego od razu wzywają dzielnych panów z oddziału do szybkiego reagowania z ryzykiem wystąpienia zagrożeniem biologicznego skażenia. Jednak jak to w takich przypadkach zazwyczaj bywa, to co znajdą na miejscu okaże się znacznie gorsze.

Zapowiada się raczej jako dość ograna opowieść, której każdy z nas widział już sporo różnych wariantów. Jednak ja bym się tym mocno nie przejmował, ponieważ dla mnie bardziej liczy się forma przedstawienia całej historii aniżeli jej oryginalność, o którą w dzisiejszych czasach już bardzo trudno. Jednak to co mnie dziwi to fakt, że jak dotąd żaden z rodzimych serwisów komiksowych nie wyłapał faktu powstania takiego serialu. Wszystkie one piszą o mających niebawem ukazać się Gotham, Flesh, Daredevil i jeszcze kilku, natomiast o tym jednym panuje absolutna cisza. Nie wiem czym to jest spowodowane, może nieznajomością tego komiksu, albo zwykłym przeoczeniem. Mimo wszystko trochę mnie to zaskakuje.

Reklamy

#209 The Walking Dead – koniec sezonu trzeciego i dlaczego mnie to cieszy

The Walking Dead to serial dzięki, któremu z Roberta Kirkmana stała się gwiazda, a z jego opowieści o żywych trupach wielka rozpoznawalna marka szturmem wdzierająca się do każdej gałęzi popkultury. Wszystko rozpoczęło się jednak od komiksów, które pomimo swoich wad i przewidywalności, cały czas świetnie się czyta. Czasem epatują nadmierną przemocą, scenariuszowe zagrania scenarzysty nie robią już takiego wrażenia jak na początku, jednak nadal jest to warta pozycja, którą warto się zainteresować. Powstała również gra komputerowa wydana przez Telltale Games, opowiadająca na tej samej zasadzie co komiks, losy kilku rozbitków w czasie apokalipsy zombie. Jak dla mnie to najlepsza gra zeszłego roku, o czym w najbliższym czasie napiszę większy tekst. W międzyczasie tego wszystkiego powstał również serial telewizyjny, którego kilka dni temu zakończył się sezon trzeci. Mówiło się o tym wszędzie, wiele osób czekało na ten moment z niecierpliwość, a ja otrzymałem dokładnie to czego się spodziewałem i szczerze przyznam, odetchnąłem z ulgą.

604002_642412962451532_1190477272_n

Ten serial jest w sumie dość nudny i niestety jest tak od samego początku. Długo się zbierałem w sobie, aby przyznać to głównie przed samym sobą. Od dawna łamię się, czy oglądać kolejne odcinki i jak na razie finał trzeciego sezonu sprawił, że już nie mam ochoty na więcej. To, że wiało nudą, jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Opowieść snuje się swoim leniwym tempem, całość jest mocno przegadana i jestem w stanie się z tym pogodzić. Swoją drogą od tej serii nie oczekuję szybkiej akcji. Jednak robienie z widza idioty, to coś czego nie mogę znieść i zawsze mnie mocno denerwuje. Pod tym względem ostatni odcinek jest chyba opus magnum całego serialu.

526930_640792555946906_2068699361_nPoniższy akapit będzie zawierał spoilery, więc jeśli ktoś nie oglądał jeszcze serialu, lub zakończenia trzeciego sezonu to powinien go opuścić. Pierwsze co mnie mocno zdenerwowało to postawa Carla. Chłopak ma może z 12 lat, który zdaję sobie sprawę, dorasta w bardzo ekstremalnych warunkach, jednak jego postawa mnie z jednej strony śmieszy, a z drugiej denerwuje. Pozuje na zimnokrwistego zabójcę gotowego zabić każdego, kogo jeszcze do tej pory nie wykończył jego słaby psychicznie ojciec z powodu swoich błędnych decyzji. Dziecko w takiej roli, moim zdaniem wygląda bardzo niewiarygodnie i patrzyłem na to z politowaniem. Następna kwestia i to chyba najbardziej niedorzeczna w tym odcinku to zachowanie Gubernatora. Po nieudanym ataku na drużynę Ricka przebywających w więzieniu, ludzie z Woodbury udają się w popłochu do ucieczki. Pędzą samochodami po jakiejś opuszczonej drodze, dopóki wszystkich nie zatrzymuje Gubernator. Uciekinierzy wychodzą z samochodów, nawołują do dalszej ucieczki, na co nasz zły charakter otwiera do nich ogień. Jak nigdy nic, strzela sobie do swych ludzi. Zabija na dzień dobry z 10 osób, a co w tym czasie robi reszta? Nic. Taka w pełni naturalna reakcja, gdy stoisz uzbrojony, a obok ciebie ktoś zabija Twoich towarzyszy. Ręce mi opadły i naprawdę nie wiedziałem jak mam zareagować na to. Z jednej strony chciało mi się śmiać, z drugiej byłem zły, że ktoś robi ze mnie idiotę. Sceny z uwięzioną Andreą w jednej celi z umierającym człowiekiem to kolejny przykład głupoty. Kobieta jest uwięziona z przyszłym zombie i zamiast starać się jak najszybciej uwolnić, to wdaje się z nim w pogaduchy. Wisienką na torcie było natomiast zakończenie odcinka, w którym Rick ze swoją drużyną postanawia przygarnąć i zameldować pozostałych ludzi z Woodbury u siebie w więzieniu. Zauważyłem, że były to głównie kobiety i dzieci, ale kilka odcinków temu Ci sami ludzie chętnie wydawali wyroki śmierci i domagali się jej podczas pseudo rozrywki z udziałem zombie w poprzednim miejscu zamieszkania. Nie ma to jak wprowadzić sobie do względnie bezpiecznego miejsca zamieszkania zwyrodniałych psychopatów.

Jakiś czas temu podczas oglądania The Following oraz The Arrow moja konkubina wymyśliła ciekawą zasadę 3 facepalmów w ciągu 5 min. Polega to na tym, że jeśli jakiś serial zaliczy 3 spore wpadki w ciągu 5 min, co do czego jesteśmy oboje zgodni, to przestajemy go oglądać. Zdaję sobie sprawę, że The Walking Dead nie łapie się do tej teorii, jednak zakończenie ostatniej serii powoduje, że przynajmniej na razie nie mam ochoty dalej oglądać tego nudnego i głupiego serialu. Ja już nie czekam na dalszą część i moim zdaniem ten serial robi więcej złego dla komiksowej serii niż dobrego. Mam nadzieję, że Kirkman nie przesadzi z eksploatacją swojej flagowej serii.

# 196 Black Dynamite: The Animated Series

black-dynamite-tv-series-posterBlack Dynamite: The Animeted Series to serial animowany lecący na Adult Swim. Jest to czas antenowym Cartoon Network po godzinie 21, gdzie jest pora na bardziej odważne animacje w amerykańskiej telewizji. Jednak kim tak naprawdę jest tytułowy bohater? To duma czarnej dzielnicy i całej jej społeczności. Walczył w Wietnamie, co wspomina jak najlepszą zabawę swego życia. Były agent CIA, zawsze stający w obronie uciśnionych i potrzebujących. Nie boi się niczego, potrafi zabijać na tysiąc sposobów i jest zdolny wykonać każde, nawet najbardziej szalone zadanie. Człowiek ten posiada rozległe koneksje, prowadzi sierociniec i jest alfonsem.

Serial ten to czyste szaleństwo. Momentami czułem się jak podczas jazdy na kwasie, kiedy nie można wierzyć w to co się słyszy i widzi. Dokładnie tak jest i tutaj. Dla tego serialu nie ma świętości. Twórcy obśmiewają bardzo wiele i wielu. W jednym z odcinków śmieją się z O. J. Simpsona, który jest znajomym głównego bohatera jeszcze z czasów dzieciństwa. Jednak ich znajomość nie układała się najlepiej. Zawsze to O. J. zbierał wszystkie, nie do końca zasłużone pochwały i uznanie, co niezwykle mierziło naszego bohatera. Gdy panowie spotykają się ponownie, po wielu latach w już w dorosłym życiu, O.J proponuje BD wspólną wyprawę na księżyc. Okazuje się to ponownie wielkim podstępem, w wyniku którego BD walczy na księżycu z kosmicznymi Amazonkami, które chcą zniszczyć Ziemię! Innym razem została opowiedziana historia Michaela Jacksona, który zaraz po porodzie, jeszcze okrwawiony i z pępowiną wykonuje swój klasyczny moonwalk. Takich smaczków jest wiele. Moim ulubionym odcinkiem jest ten, w którym BD znowu wyrusza do Wietnamu. Na prośbę swojego byłego dowódcy z CIA musi odnaleźć swojego dawnego kompana, który pozostał w dziczy dżungli, mianował się nowym generałem i prowadzi swoją prywatną wojnę. Czy wam to czegoś nie przypomina? Dodatkowo w tym samym odcinku świetnie nabijają się z Jamesa Bonda w wykonaniu Connerego oraz Moora. Cały epizod utrzymany jest w klimacie horroru pomieszanego z kinem wojennym oraz szpiegowskim. Innym razem szalony prezydent Nixon wysyła do czarnej dzielnicy podstarzałego i ze sporą nadwagą Elvisa, aby ten umarł tam z przedawkowania. Dzięki temu prezydent będzie mógł ogłosić znienawidzonego BD winnym śmierci narodowej legendy i dzięki temu zrównać całą dzielnicę z ziemią. Plan jednak się wali i wszystko zamienia się to szalony pościg za naszym bohaterem do Graceland. Każdy z dziesięciu odcinków pierwszego sezonu, aż kipi od wszelkich nawiązań i zabawy znanymi motywami z popkultury.

Dodatkowym wielkim plusem tego serialu jest jego strona wizualna, która została zrealizowana pierwszorzędnie. Cała historia została osadzony jakby w latach 70 ubiegłego wieku co świetnie zostało odwzorowane w designie kreskówki. Dzięki temu panowie noszą dzwony, jeżdżą olbrzymimi cadillacami oraz posiadają piękne afra. Wszędzie unosi się duch kung fu, teorii spiskowych, pięknych seksownych kobiet oraz wolnej miłości i narkotyków. Wszystko to zostało narysowaną bardzo dynamiczną kreską utrzymaną w ciepłej palecie kolorów, dzięki czemu zawdzięczamy wspaniały klimat całości. Do ujęć często wykorzystywane są dodatkowo ujęcia z różnych dziwnych perspektyw, dzięki czemu wiele scen nabiera dynamizmu.

Trzeba przyznać jednak, że serial ten z racji swej konwencji, czasem jest rasistowski, seksistowski i brutalny. Momentami nie mogłem uwierzyć w to co widziałem na ekranie, jednak zawsze dobrze się bawiłem. Animacja ta powstała dla śmiechu, kpin i ujścia niczym nieskrępowanych pomysłów jego twórców. Ja bawiłem się świetnie przez te prawie pięć godzin i myślę, że wielu z was może również czerpać z niego wiele radości. Jednak warunek jest jeden, trzeba zaakceptować jego konwencję. Co nie wydaje mi się jakoś specjalnie trudne. Przecież ścieżkę przetarły takie seriale jak South Park, Adventure Time lub Family Guy, które już wiele lat ciągle nas śmieszą i przesuwają za każdym razem kolejne granice absurdu i szydery. Sweeeeeeeeeeeeeeeeeeeeet!

#118 Doctor Who sezon 1+special

Doctor Who to serial opowiadający o przygodach tytułowego Doktora, który podróżuje w czasie i przestrzeni w statku wyglądającym jak stara brytyjska policyjna budka telefoniczna. Przyznam się szczerze, do serialu zabierałem się chyba z trzy razy i zawsze poległem po pierwszych kilku minutach. Odpychał mnie kiczowaty klimat, gra aktorów, a fabuła jakoś w ogóle mnie nie wciągała. Sam nawet nie wiem co to było ale jakoś podświadomie czułem chęć obejrzenia tego serialu. Już kilka razy tak miałem i nigdy nie pożałowałem. Dzięki takiemu uporowi poznałem w końcu Miasto boga oraz Miasto zaginionych dzieci więc wiedziałem, że muszę spróbować jeszcze raz.
Przygotowałem się do następnego podejścia profesjonalnie. Najpierw zorganizowałem całe pięć sezonów razem z większością odcinków specjalnych (mówimy tutaj o wznowionej wersji serialu z 2005 roku) i zabrałem się za oglądanie. Zaparłem się i obiecałem sobie, że zobaczę przynajmniej cały pierwszy odcinek i udało się. Opowiadał o spotkaniu głównych bohaterów, czyli tytułowego Doktora z Rosei ich wspólnej walce z ożywionymi manekinami sklepowymi. Cały odcinek to jazda bez trzymanki i trzeba być naprawdę otwartym, aby przez to przetrwać. Kicz i niski budżet wylewa się z każdego kadru. Plastikowe gadżety i scenografia, raczej kiepskie efekty specjalne, ale fabuła całkiem ciekawa, która rekompensuje całą resztę. Tak mnie to wszystko jakoś zaciekawiło, że postanowiłem oglądać dalej. W pierwszym sezonie, który składa się z 13 odcinków mamy okazję min. zobaczyć koniec Ziemi, która eksploduje, walczyć z zombie w XIX w. Wiktoriańskim Cardiff oraz kilka razy uratować Ziemie przed inwazją obcych.

Najbardziej podoba mi się w tym serialu, że dzięki umiejętności Doktora do podróżowania w czasie i przestrzeni, każdy odcinek może być w dowolnych klimatach, a scenarzyści mogą popuścić wodze fantazji, co też często robią. Świetna była dwuodcinkowa opowieść pt. The Empty Child oraz The Doctor Dances w klimatach horroru opowiadająca o tajemniczej zarazie opanowującej Londyn w latach 40 XX w. Autorem tej historii jest Steven Moffat, którego już zdążyłem poznać dzięki świetnej mini serii Sherlock, którą swoją drogą również polecam. Te dwa odcinki to świetny przykład jak przy skromnych środkach, ale z dobrym pomysłem można zrobić coś z klimatem, trzymającego w napięciu i z ciekawą fabułą. W tym serialu podoba mi się również jak jego twórcy czasem gorzko komentują nasz świat i dają powód do myślenia. Było tak np. w odcinku Bad Wolf, w którym został zawarty komentarz na temat telewizji jako rozrywki dla mas. Dobrym zagraniem była również sama konstrukcja serialu. Ponieważ w każdym odcinku Doktor z Rose podróżują w inne miejsce i czas, to fabuła jest w sumie luźno powiązana ze sobą. Co prawda natrafiają co jakiś czas na znane widzowi już postacie, ale dopiero w dwóch ostatnich odcinkach okazuje się, że cały sezon był mocno powiązany ze sobą i prowadził do wielkiego finału. Świetnym zagraniem było ze strony twórców umieszczanie wskazówek w wielu odcinkach sezonu.

Jeśli na początku denerwowała mnie gra aktorów, to później się przyzwyczaiłem i nawet polubiłem, w szczególności samego Doktora. Zachowuje się jak małe dziecko, zawsze zmierza w kierunku największego niebezpieczeństwa, rzuca tak od niechcenia świetne teksty i czasem potrafi być okrutny aż do bólu. Przez te trzynaście odcinków udało mu się zdobyć moją sympatię.

Podsumowując muszę się przyznać, dość mocno już zdążyłem polubić ten serial. To co mi przeszkadzało na początku, uważam teraz za zalety. Klimat serialu jest dobry, ciekawe odcinki, które sprawiają, że masz ochotę na więcej i chodź czasem rozwiązania scenarzystów są trochę tanie to i tak warto poświęcić czas i zapoznać się z tym serialem. Raz bawi, innym razem straszy, a czasem nawet daje do myślenia. To dobra rozrywka, a najlepsze jest w tym wszystkim, że zasiadając przed ekranem kompletnie nie wiadomo czego się spodziewać.

#116 Stargate Universe

Od niedawna oglądam pierwszy sezon Stargate Universe i muszę przyznać, taki sobie. Nie jestem fanem tego uniwersum, chodź pamiętam, że jako nastolatek bardzo lubiłem pełnometrażowy film z Kurtem Russelem od którego wszystko się rozpoczęło. Następnie widziałem kilka odcinków, sam nawet nie wiem jakich serii i nigdy mnie nie wciągnęło. Teraz dałem się namówić swojej dziewczynie i tak do obiadu, albo przed snem oglądam sobie po odcinku.

Przyznam szczerze, fabuła średnio mnie interesuje. Grupa ludzi po ucieczce z atakowanej planety przez obcą rasę stara się uciec za pomocą wrót na Ziemie. Oczywiście jak to zawsze bywa w takich sytuacja, coś tam nie idzie zgodnie z planem i nasi bohaterowie zamiast trafić do domu, trafiają na pokład Przeznaczenia. Statku kosmicznego zbudowanego przez pradawną rasę obcych, twórców wrót. Dodatkowo okazuje się, że są miliony lat świetlnych od Ziemi i nie wiadomo jak na nią wrócić.

Cała fabuła serialu opiera się na dążeniu do powrotu na ojczystą planetę oraz próbie uporania się z kłopotami życia codziennego. Raz jest to brak wody, innym razem jakaś tajemnicza zaraza atakująca załogę i tego typu zdarzenia. Przyznam szczerze, tak sobie mnie to interesuje i jakoś tak bez przekonania wymyślają te historie scenarzyści. Poza tym mam świadomość o drugim sezonie więc odcinki typu, że zaraz wszyscy zginą jakoś nie są w stanie nie zaintrygować. Natomiast to dlaczego oglądam ten serial to relacje między głównymi bohaterami i to z odcinka na odcinek jest coraz lepsze. Zawieranie pierwszych przyjaźni, miłości, ale również wrogów i próby obalenia istniejącego porządku na pokładzie. Każda z postaci jest ciekawa jak np. profesor Rush, który dla własnych celów nie cofnie się chyba przed niczym i liczy się dla niego tylko praca. Pułkownik Young, który jest dowódcą całego statku. Odpowiedni człowiek na stanowisku umiejący utrzymać załogę w ryzach, ale jak na razie nie zdolny do radykalnych kroków i cały czas starający się znaleźć na wszystko kompromis. Sierżant Greer uwolniony przez dowódcę z aresztu podczas ataku obcej rasy na planetę z pierwszego odcinka , a aktualnie zdolny do wszystkiego żołnierz i zawsze po stronie pułkownika.Jest również Eli, trochę ciapowaty, młody chłopak wybitnie uzdolniony matematycznie, który dostał się do załogi rozwiązując questa w jakiejś grze rpg online! Zdaję sobie sprawę jak to brzmi, ale w serialu pasuje jak ulał i nie razi.

Postanowiłem napisać akurat teraz o tym serialu, ponieważ w dziesiątym odcinku zaczyna się naprawdę dużo dziać. Na pokładzie statku zostaje znaleziony martwy jeden z żołnierzy z załogi. Co prawda była to osoba której nikt za bardzo nie lubił, więc jakoś jego brakiem nikt się za bardzo nie przejął, co też świetnie oddaje klimat serialu. Na początku wszyscy myślą, że to samobójstwo, ale niestety na miejscu zbrodni nigdzie nie ma broni. Zaczyna się dochodzenie, znalezienie winnego, a potem odkrycie, że to spisek mający za zadanie zniszczenie istniejącego porządku i hierarchii panującej na pokładzie. Następnie dochodzi do konfrontacji wszystkich zainteresowanych czego efektem jest pozostawienie jednej z kluczowych postaci na losowo spotkanej planecie! Nareszcie najważniejsze postacie wykazały się zdolnością do radykalnego działania, nie koniecznie słusznego moralnie, ale na pewno takiego jakie wymagała dana sytuacja.Przy takim zakończeniu odcinka szczęka mi opadłą i jestem bardzo zaciekawiony jak wybrną z tego scenarzyści.

Przepraszam za może chaotyczny opis odcinka w akapicie powyżej, ale starałem się umieścić jak najmniej spoilerów dla przyszłych widzów. Teraz natomiast udaję się na projekcję następnego epizodu.

Kategorie:serial Tagi:

#74 oglądanie

Z początkiem tego roku zacząłem oglądać kilka seriali takich jak „Dexter” „Eureka” „Californication” i jakoś tak w związku z tym naszła mnie refleksja, że wszystko schodzi na psy, albo większość.

„Dexter” to wspaniałe dwa pierwsze sezony opowiadające o masowym mordercy, który równocześnie pracuje w policji jako specjalista od krwi. Jaka ironia i tak jest przez cały serial. Dużo wspaniałego humoru, ciekawe postacie, fenomenalne rozterki głównego bohatera z cyklu: czy jestem normalny, czy robię źle i takie tam. Naprawdę dobry i inteligentny serial. Aż żal się zrobiło jak skończył się drugi sezon. Potem niestety powstał trzeci i po dwóch odcinkach przestałem oglądać. Dexter ma zostać ojcem, rozterki natury etycznej zastąpili familijnymi. Fabuła głównego wątku też jakoś nie specjalnie wciąga i jakiś taki miałki się zrobił ten serial.

„Eureka” opowiada o szeryfie w miasteczku pełnym geniuszy, którzy czasem otworzą czarną dziurę, albo uruchomią jakieś wojskowe projekty, które miały nigdy nie zobaczyć światła dziennego. Czasem to zabawne było, ale ogólnie lekkie, przyjemne i właśnie o to chodziło. Człowiek się zżył z głównymi postaciami, jednych lubił, innych nie, jednak wszystko było jakieś miłe i przyjemne jak na opowieść familijną. Niestety serial chyba został zdjęty z anteny po 8 odcinku 3 serii. Szkoda wielka bo naprawdę robił dobrze.

„Californication” pierwszy sezon był dla mnie jak koktajl Mołotowa, mieszanka iść wybuchowa. Fabuła opowiada o uznanym pisarzu, który ma kryzys twórczy, pragnie odzyskać swoją byłą ukochaną i stara się wychowywać córkę. Seria obrazoburcza, śmieszna, z ciekawymi postaciami. Pod koniec trochę przewidywalne i nawet jeśli wszystko się kończy tak jak każdy sobie myślał to nie boli to i jest przyjemne. Trzynaście odcinków, szybko przeleciało i potem wielkie czekanie na drugi sezon. Jakie było moje wielkie nim rozczarowanie. Niby jest wszystko co już znamy ale jakoś tak niestrawnie podane. Wszyscy ćpają, walą się między sobą, fabuła zmierza nie wiadomo gdzie i jest ogólnie nie miło. Wielka strata i marnowanie czasu.

Jednak z racji tego, że odpadły mi wszystkie seriale jakie oglądałem, to udało mi się znaleźć coś innego. Aktualnie polecam „Fringe” i „The Big Bang Theory”.
Pierwszy z nich to takie „Archiwum X” naszych czasów. Mamy panią z FBI chyba, szalonego naukowca, wraz z synem i to jest nasz skład do rozwiązywania zadań. Na ich drodze stoi wielki międzynarodowy spisek i jakaś korporacja. Ogląda się miło i przyjemnie, nawet czasem strasznie jest, tylko martwi mnie to że jeśli serial okaże się kasowy to może śmiało mieć z sześć sezonów. Wątków jest wiele i lekko da się je pociągnąć przez taki długi czas, a przez to zarżnie się dobry serial. Oby tak się nie stało i zakończyli go w miarę na drugim sezonie.

„The Big Bang Theory” to z kolei serial komediowy o młodych geniuszach i ich całkowitym braku przystosowania do życia codziennego. Panowie się zakochują i mają z tym olbrzymie problemy, są pełni dziwnych lęków, zasad przyzwyczajeń przez które powstaje wiele zabawnych sytuacji. Ogląda się to naprawdę przyjemnie i serial cały czas trzyma równy poziom, przez co jest wart obejrzenia.