Archiwum

Archive for the ‘koncert’ Category

#400 Faith No More – Tauron Arena Kraków

IMG_20150611_075812To trochę smutne, że po kilku miesiącach oczekiwania jest już po wszystkim. W końcu kupiliśmy bilety chyba w pierwszy dzień kiedy się tylko pojawiły i potem coraz mniej spokojnie czekaliśmy na koncert. Półtorej godziny pełnej emocji świetnej zabawy, teraz pozostały tylko wspomnienia.

Zaskakujące jest dla mnie jak słuchanie płyt jakoś przestało wzbudzać we mnie emocje. Aktualnie muzyka jest dla mnie raczej jako towarzysz w tle podczas codziennych czynności. Za to podczas koncertów coś we mnie pęka. Jakby nagle te wszystkie zaległe uczucia postanowiły się zamanifestować, a ja biedny, otoczony tłumem ludzi staram się jakoś nad tym wszystkim zapanować.

Sam koncert natomiast posiadał wszelkie cechy występu prawie idealnego. Dość spora publiczność bardzo skora do zabawy. Pomimo imprezy odbywającej się w niezbyt dogodnym terminie poniedziałkowego wieczoru. Miałem wrażenie jakby średnia wieku oscylowała w okolicach ludzi 30+ i wzwyż, czyli równowartość czasu jaki Faith No More jest już na scenie. Dodatkowo sam zespół, który poza genialnym występem na najwyższym poziomie, raczył swoją widownię żartami, zabawną konwencją występu i ogólnie świetnym kontaktem z publicznością. Bardzo podobało mi się jak w pewnym momencie zauważyliśmy z Moniką, że znacznie lepiej wychodzą im kawałki z najnowszej płyty i te raczej wolniejsze. Sam nawet stwierdziłem:

”W końcu to już stare dziady więc nie ma się co dziwić. Przecież najnowsza płyta stworzona jest na miarę ich aktualnych możliwości.”

Już kilka minut później musiałem to odszczekać, kiedy zagrali Black Friday oraz The Gentle Art. Of Making Enemis jeśli dobrze pamiętam. Patton śpiewał, krzyczał i bawił się głosem jak tylko on to potrafi, a reszta zespołu idealnie go uzupełniała.

Kilka słów należy się również samej oprawie występu. Na początku poczułem się lekko zawiedziony z powodu braku telebimów. W końcu jestem krótkowidzem i takie wynalazki są dla mnie ważne. Jednak szybko udało mi się znaleźć miejsce z którego dobrze widziałem całą scenę i jakoś zapomniałem o tym mankamencie. Panowie ubrani na biało grali na scenie w tym samym kolorze ozdobionej kwiatami. Żadnych udziwnień, laserów i mega show. Przecież w pełni wystarczali oni sami i ich umiejętności. Nagle wszystko poszło w zapomnienie i liczyła się tylko muzyka, która wspaniale broniła się sama. Nawet w pewnym momencie zespół zaczął się naśmiewać i żartować z tych wszystkich ludzi z telefonami w dłoniach, którzy zamiast bawić się, stoją i kręcą kiepskiej jakości filmiki na youtube. Dlatego też u mnie nie ma żadnych zdjęć. Wolałem się bawić no i mój aparat jest żenujący więc nie ma sensu robić zdjęć.

Pattona widziałem już czwarty raz na żywo i jakimś cudem ciągle żałuję, że nie miałem okazji na więcej. Dla mnie jest mistrzem i za każdym razem kiedy mam tylko okazję go zobaczyć z którymkolwiek z jego projektów, nigdy się nie waham. Kupuję bilet i czekam cierpliwie na nasze kolejne spotkanie. Tym bardziej miło mi, że to właśnie ten wpis jest moim czterech setnym. W końcu czy może być coś lepszego na taką okazję niż wyznanie podziwu i miłości?

 

#326 Nine Inch Nails – na szybko zebrane wrażenia

Już od samego początku dnia byłem podniecony jak nastolatek przed pierwszym razem i kompletnie nie mogłem się skupić na niczym w pracy. Poza tym nosiło mnie okropnie i nie potrafiłem wysiedzieć na tyłku w spokoju. Potem wsiadłem do autobusu z moją ukochaną i pojechaliśmy do Katowic. Oczywiście prawie godzinę nam zajęło dojechanie do samych bramek wjazdowych na autostradę, więc zaczynałem panikować, że nie zdążymy. Jak już w końcu byliśmy na miejscu to udaliśmy się na szybką wycieczkę po coś do picia i do samego spodka.

Na miejscu, ku mojemu zdziwieniu okazało się, że ludzi jakoś specjalnie dużo nie jest więc weszliśmy bez żadnego czekania i kolejek. W roli suportu grał już Cold Wave, który był taki sobie i źle był nagłośniony. No ale co zrobić. W końcu to nie dla nich tam przyjechałem, więc wykorzystałem ten czas na spotkanie ze starą znajomą. Sama muzyka jaką prezentował zespół określiłbym jako elektro połączone z rockiem, więc idealnie się wpisali w swoją rolę. Zagrali może z 40 min, poczym na scenę weszli panowie z ekipy technicznej i rozpoczęli przygotowania do gwiazdy wieczoru.

Punktualnie o 21 na scenie pojawili się panowie z Nine Inch Nails, co bardzo mi się spodobało. Trent dużo szalał po scenie, przyjmując dziwne pozy przykucnięty i cały czas udowadniał, że jak na swój wiek ma niesamowite pokłady energii. Równie barwną postacią okazał się jego gitarzysta, który jak zauważyła Monika, gdy nic nie gra to wygląda jak zombie. Snuł się po scenie jak te potwory i był tak blady, że zastanawialiśmy się czy dożyje do końca występu. Co do samego koncertu to był wspaniały, chociaż przez pierwszą połowę nie było LED-ów. Ten fakt mnie dość mocno zasmucił i czułem się przez ten czas jak biedny Polaczek, którego można olać i przyjechać do niego z wybrakowanym towarem. Jednak później pojawiły się wizualizacje, co prawda nadal nie tak wspaniałe jak na otwarcie trasy w Japonii, ale i tak bardzo dobre co znacznie polepszyło mi odbiór całej imprezy. Od strony muzycznej to set lista prezentowała się następująco:

  • Copy of A
  • 1,000,000
  • Letting You
  • March of the Pigs
  • Piggy
  • The Frail
  • The Wretched
  • Burn
  • Gave Up
  • Sanctified
  • Closer
  • Find My Way
  • Disappointed
  • The Warning
  • The Great Destroyer
  • Eraser
  • Wish
  • The Hand That Feeds
  • Head Like a Hole
  • Hurt

Jak widać mało było kawałków z najnowszej płyty Hesitation Marks i odnieśliśmy wrażenie jakby ten koncert był chwilą wytchnienia dla zespołu od grania w kółko tego samego setu na trasie. Poza tym grali bardzo energicznie, niektóre kawałki w dość ciekawych, nowych aranżacjach, co w połączeniu z wizualizacjami robiło olbrzymie wrażenie. Przedsmak tego co się działo możecie znaleźć poniżej na kilku zdjęciach i wideo (przepraszam za jakość, ale były robione telefonem, nie tylko moim). Już dawno nie byłem na tak wspaniałym koncercie i mam wrażenie, że on mi jakoś złagodzi ból braku mojej obecności na koncercie Faith No More w Gdyni.

#159 Off festiwal 2012 dzień pierwszy i jedyny

W końcu po długim i burzliwym planowaniu udało się nam z Moniką wyjechać na piątkowe koncerty tegorocznego festiwalu. Spakowani i zadowoleni wsiedliśmy do samochodu i jakoś po półtorej godziny jazdy byliśmy już na miejscu. Po drodze doszliśmy do wniosku, że ładnie byłoby ze strony organizatorów jakby dawali jakieś znaki przed Katowicami i już w samym mieście jak dojechać na miejsce festiwalu. Pewnie koszt takiego przedsięwzięcia niewielki, a jak bardzo ułatwiłby sprawę. Drugim minusem okazało się parkowanie w pobliżu imprezy. Byliśmy na miejscu ok godziny 17 i sporym wyczynem było znalezienie jakiegoś wolnego miejsca. Dodatkowo na parkingu gdzie było można parkować pod skosem, prawie wszyscy zaparkowali równolegle i jeszcze w takich odstępach od siebie, że dramat. Jakby zrobili to zgodnie ze znakiem to miejsc byłoby znacznie więcej. W końcu znaleźliśmy jakiś płaty parking i pozostawili na nim samochód. Trzecim i ostatnim niemiłym zaskoczeniem były ceny biletów. Zdajemy sobie sprawę, że to my zawaliliśmy, bo postanowiliśmy kupować bilety w dniu imprezy, ale nie przypominam sobie, aby gdzieś na stronie pisało, że zdrożeją prawie dwukrotnie! No przegięcie moim zdaniem bardzo duże, jednak mówi się trudno i żyje się dalej.

Samo miejsce festiwalu jest świetne. Bardzo dobrze rozplanowane są sceny, gdzie nie zagłusza jedna drugą. Również nie trzeba pokonywać kilometrów podczas wędrówki między nimi co jest olbrzymim plusem. Na miejscu oczywiście można również coś przekąsić oraz wypić. Mile zaskoczyły nas ceny wszelkiej gastronomi, ponieważ były na normalnym poziomie, co zawsze jest ok.

Co do samych koncertów. Rozpoczęliśmy od reklamowanej przez samego Rojka Savages. Panie grały dobrego brudnego rocka, ale jakoś tak po pół godzinie nas znudziły i postanowiliśmy zwiedzić strefę gastro. Następny w kolejce znajdował się Converge, który według słów mojej bardzo dobrej znajomej miał mnie zniszczyć. Nie powiem, chłopaki dobrze grają, łoją aż miło. Manierę na scenie mają typową jak kapela HC, ale niestety też jakoś bez większych emocji. Jednak następny koncert był dla mnie najmilszym zaskoczeniem całego dnia. Mianowicie udaliśmy się na koncert Chromatics reklamowanych tym, że znajdują się na ścieżce dźwiękowej do Drive, który dla mnie był mocno przereklamowany i raczej unikam wszystkiego co z nim związane. Jednak na koncert się udałem i zastałem bardzo przyjemną lekko taneczną muzykę, która w momencie mocnej ulewy wspaniale podnosiła na duchy. Po nich poszliśmy na występ Death in Vegas, którzy mile mnie zaskoczyli. Na początku grali pięknie rockowo, aby potem przejść bardziej w spokojne brzmienie w kierunku elektroniki. Niestety część elektroniczną mieli dość monotonną co niestety zaowocowało u nas kolejną wyprawą do strefy jedzenia i picia. Następnie zaliczyłem mega bieganie od sceny do sceny. Mianowicie udaliśmy się na scenę eksperymentalną na anbb: alva noto & blixa bargeld, gdzie spodziewałem się maksymalnie połamanej elektroniki w połączeniu z klimatem z wieców ideologicznych. Zamiast tego otrzymałem jakieś monotonne i spokojne pobrzękiwanie z melorecytacją po niemiecku. Usnąć można było na tym więc uciekliśmy. Mazzy Star również niestety mocno nudził i usypiał więc udaliśmy się przypadkiem na Charles Bradley and His Extraordinaires. Pan z orkiestrą w świecących butach i pasie w spodniach śpiewał coś w okolicach rock’n’rollowych kawałków w połączeniu może z blusem. Pan już wiekowy, jednak mógł się pochwalić pięknym głosem czarnego muzyka i zdolnością rozkręcania wspaniałej imprezy. Na sam koniec zostało nam już tylko Metronomy, dające świetny taneczny koncert w klimatach typowego rocka z wysp, co spowodowało nucenie przeze mnie jednego kawałka jeszcze przez całą sobotę. Wisienką na torcie miał być koncert Atari Teenage Riot, które poza tym, że zrobiło ścianę dźwięku to jest strasznie monotonne i nudne. Zawiodłem się dość mocno i nawet nie zostaliśmy do końca uciekając do domu.

Tak w sumie to z całego festiwalu najbardziej podobał mi się klimat imprezy. Mocno piknikowy, wyluzowany i spokojny. Świetne jest rozplanowanie samego festiwalu z tym, że blisko wszędzie i kończy się jeden koncert, to od razu rozpoczyna kolejny. Myślę, że w przyszłym roku mógłbym się udać na całą imprezę. Na sam koniec taki bonus. Trzeci raz podchodziłem do koncertu Battles i po raz kolejny poległem. Mam strasznego pecha z tą kapelą i zaczynam się zastanawiać, czy kiedykolwiek uda mi się ich zobaczyć na żywo

#152 Heineken Open’er Festival 2012

No i w końcu po wielu zawirowaniach i trudach udało mi się pojechać w tym roku na festiwal. Był to już w sumie mój 5 wyjazd, po czteroletniej przerwie od 2008 roku. Miała być relacja z każdego dnia osobno, ale niestety już na miejscu były problemy z dostępem do internetu więc teraz powstanie jedna zbiorcza.

Dzień 1

Wszystko zaczęło się od krótkiego pobytu na koncercie Fisz Emade Tworzywo, których widziałem już kilka razy. Fisz jak zwykle wspaniały.  Załapałem się nawet na Narkotyk, ale niestety nie na Sznurowadła. Niestety nie było mi dane zostać za długo bo musiałem biec na występ formacji z Czech o nazwie Dva. Ja ich osobiście znam najlepiej jako autorów ścieżki dźwiękowej do gdy Botonicula, która swoją drogą dobra jest godna polecenia. Sam występ lekko mnie zaskoczył. Na scenie Pan z Panią przygrywający na instrumentach coś niezwykle pociesznego i miłego. Pani za to robiła dziwne i śmieszne miny, co razem z jej ruchami scenicznymi tworzyło strasznie radosny klimat. Jednak tutaj też zabawiłem jakoś z 30 minut bo było trzeba znowu biec na The Kills, których nie słucham i kompletnie nie znam. Jednak chciałem zobaczyć i jakoś nawet teraz nie pamiętam jak było, co chyba samo mówi za siebie. Następny był w kolejce Yeasayer, którego tym razem posłuchałem trochę przed wyjazdem i spodziewałem się nastrojowego koncertu. Taki też dostałem, ale jakoś specjalnie nie umiał mnie porwać więc olałem sprawę i pobiegłem na moją ukochaną Bjork. Był to już drugi raz, gdy ją widziałem i znowu było wspaniale. Sporo kawałków z ostatniej płyty Biophilia przeplatanych starszymi klasykami. Ogólnie cały koncert niezwykle nastrojowy, co nie przeszkadzało, aby czasem potańczyć np. przy Crystalline gdzie pod koniec kawałka na scenie i przed nią zapanowało istne szaleństwo tańczenia. Były oczywiście również Joga, All is Full of Love, Pluto i Pogan Poetry. Wizualizacje miała ogólnie związane z przyrodą, co mi się bardzo podobało. Miała również podwieszoną olbrzymią cewkę tworzącą prąd podwieszoną na scenie. Co w połączeniu z odpowiednimi wizualizacjami dawało świetny efekt. Następnie widziałem The Ting Tings przy których się trochę pobujałem i spędziłem dobrze czas. Jednak ich twórczości też nie znam w sumie więc nic więcej nie napiszę, ale koncert się podobał. Na sam koniec był przewidziany Orbital którego z olbrzymim żalem niestety odpuściłem. Byłem już tak padnięty po podróży, że zasypiałem na stojąco, a do koncertu miałem jeszcze ponad godzinę czekania.

Dzień 2

Ten dzień zaczął się od występu Dry the River którzy jak dla mnie dali jeden z najlepszych koncertów na całym feście. Na płycie są raczej spokojni i tak powiedziałbym lekko rockowi. Na koncercie natomiast stworzyli wspaniały klimat grając kawałki dalej spokojnie i nastrojowo, ale każdy z nich kończąc improwizacją jak dla mnie zmierzającą w kierunku metalu. Ze wspaniałym oświetleniem hałas, który płynął ze sceny robił piorunujące wrażenie. Miłe również było jak zespół ze sceny szczerze dziękował za przyjście na ten koncert i chyba naprawdę nie spodziewali się aż tylu osób, co też kilka razy przyznali. Następnie udałem się na eksperyment panów Pendereckiego/greenwood, który był dość dziwny. Bardzo mnie rozwalił tekst pana Pendereckiego, który w przerwie między kawałkami przyznał, że w sumie następny kawałek jaki zaraz poleci to powstał w zakładzie psychiatrycznym gdzie pacjentom puszczał swoją muzykę i rejestrował ich zachowanie. Sam koncert brzmiał jak ścieżka dźwiękowa jakiegoś horroru, co przy całym miasteczku festiwalowym skąpanym we mgle tworzyło bardzo ciekawy efekt. Jednak po jakiś 30 minutach miałem już dość i podziękowałem. Następnym występem, na który trafiłem przypadkiem, był Major Lazer. Kapelka, której w ogóle nie znam, poleciły mi ją jakieś dwie dziewczyny w kolejce po piwo, ale przez pierwsze pół godziny wytańczyłem się jak wariat co okazało się świetną wprawką przed gwiazdą dnia, czyli Justice. Panowie grali kawałki ze swoich dwóch płyt, łącząc ze sobą różne utwory i tworząc totalnie taneczną muzykę. Był Stress, Civilization, On’ n’ On, D.A.N.C.E., phantom pt. 2, a kawałek We Are Your Friends został hymnem całego festiwalu. Jeszcze chyba nigdy nie widziałem, aby tak dużo osób na raz tak świetnie się bawiło. Muzyka jaką zaprezentowali wraz z oświetleniem i wizualami stworzyło moim zdaniem jeden z najlepszych koncertów imprezy.

Dzień 3

Tego dnia widziałem już po raz kolejny Bloc Party wraz z Franz Ferdinand ale jakoś specjalnie mnie nie poniosło. Co prawda przy tym drugim nawet troszkę potańczyłem ale jakoś bez specjalnego szaleństwa. Dwie kapele, sprawnie występujące, ale nic specjalnego. Jak dla mnie idealnie nadają się na przerywniki festiwalowe w oczekiwaniu na coś lepszego, czym tego dnia był występ M83. Na płytach są raczej spokojni i nastrojowi. Na koncercie za to dalej bardzo nastrojowo, ale równocześnie jakoś tak wzniośle, znacznie bardziej tanecznie i z wspaniałym oświetleniem. Wszystko to stworzyło niesamowity klimat co było świetnie widać po publiczności, która bawiła się w najlepsze. Jeden z tych koncertów, który zapamiętam na bardzo długo. Mistrzostwo świata i mam już ochotę pojechać na ich kolejny występ gdzieś w niedalekiej przyszłości. Na sam koniec zobaczyłem fragment The Cardigans. Nigdy ich nie słuchałem, kojarzę kilka tylko kawałków, ale jak byłem to zagrali akurat My Favourite Game i Lovefool więc potańczyłem i poszedłem spać.

Dzień 4

Ostatniego dnia widziałem w sumie tylko trzy koncerty w całości. Pierwszym były Świetliki na który sam chciałem jakość iść po mimo tego, że nigdy ich nie słuchałem. Świetna sprawa z wspaniałym wokalistą w postaci Marcina Świetlickiego. Bardzo charyzmatyczna postać dużo mówiąca między kawałkami, ale mądrze i zabawnie co tworzyło miły klimat i jakby więź relacji między tymi na scenie, a przed nią. Dobry koncert, który zachęcił mnie do zapoznania się z poezją Świetlickiego i dokonaniami zespołu. Następnie dosłownie na dwa kawałki zostałem na Bat for Lashes tylko dlatego aby pędzić przez całe miasteczko festiwalowe (swoją drogą jestem ciekaw jaka jest odległość między główną sceną a namiotem) na jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie koncertów, czyli The Mars Volta. Koncert, który okazał się dla mnie największym zawodem całej imprezy. Panowie na scenie coś tam grali, ale raczej tworzyli hałas, który z poprzednich płyt niezwykle mi się podobał, natomiast teraz jest ciężko strawny. Dodatkowo wokalista rzucał co chwila niewybrednymi żartami i zachowywał się jak rozkapryszana gwiazda co naprawdę ciężko się oglądało. Tak bardzo się zawiodłem, że nawet nie zostałem do końca koncertu. Jednak następny w kolejce był The XX, którzy bez dyskusji dali najlepszy koncert imprezy. Na płytach są bardzo klimatyczni i spokojni, co na scenie świetnie się sprawdziło. Całą strona wizualna bardzo kojarzyła mi się z występem Sigur Ross, który miałem okazję widzieć klika już ładnych lat temu na tej samej scenie. The XX zagrał w większości kawałki ze swojej jedynej płyty i chyba z 5 nowych co bardzo dobrze zapowiada nową płytę na którą i tak już czekam z niecierpliwością. Dali tak piękny, nastrojowy i przepełniony uczuciami koncert, że aż trudno to opisać. Zostanie na bardzo długo w mojej pamięci.

Co do samego festiwalu to niestety miałem pecha i padało praktycznie każdego dnia, jednak na szczęście tylko jakoś nad ranem gdy byłem już w namiocie. Organizacja całej imprezy taka sobie moim zdaniem, bo pryszniców było dość mało, z zimną wodą i totalnie brudnych z powodu wszechogarniającego błota. Do pryszniców z ciepłą wodą, które były płatne 3 zł była tak olbrzymia kolejka, że podziękowałem. Dodatkowym minusem był zakaz wnoszenia piwa i jedzenia pod scenę, że tak się wyrażę, co zmuszało do wyboru koncertu, albo gastronomi. Dodatkowo pole namiotowe uzmysłowiło mi, że ja jestem chyba mizantropem, bo ludzie doprowadzają mnie do szału, a w szczególności pijani, na polu namiotowym w okolicach 4 rano. Poza tym wszystko było ok. Kapele zaczynały grać punktualnie, świetnie były nagłośnione i prezentowane ze sceny. Miałem bardzo miłe towarzystwo więc w sumie wszystko ok. Nie okłamujmy się i tak jechałem tam tylko dla muzyki, a to wyszło wspaniale w większości.

#106 fragment sacrum profanum

Pamiętam jak bardzo się cieszyłem, gdy zobaczyłem informację o występie Chrisa Cunninghama i Aphex Twina na sacrum profanum. Potem nastąpiło wielkie wyczekiwanie na dzień w którym pojawią się bilety w sprzedaży, a następnie jeszcze większe już na same występy. Od razu byłem bardziej nastawiony na pokaz Cunninghama z racji tego że bardzo lubię to co on tworzy i dla mnie w dziedzinie teledysków jest mistrzem. Na samego Aphexa miałem ochotę się wybrać z czystej ciekawości bo jednak fanem nie jestem choć twórczość jego znam.

W końcu nadszedł upragniony niedzielny wieczór w którym to wybraliśmy się na pokaz Chrisa. Miejscem całego zajścia była Łaźnia Nowa. Sala świetnie dobrana, spora i stwarzała wrażenie jakby była po jakimś warsztacie z zapachem smarów i klei (przynajmniej ja tak czułem, moja druga połowa już nie). Sam pokaz w sumie mnie zawiódł dość mocno. Miał być całkiem nowy, dotychczas pokazywany publicznie tylko raz w Paryżu, a wyszła w sumie kupa. Nowego materiału było z godzinnego pokazu może z 10 mim na co składała się brutalna walka nagiej kobiety i mężczyzny, walka Darth Vadera z Lukiem (ale czy to nowe jest skoro wycięte z filmu?) no i lot ptaka, który okazał się wielkim wytchnieniem w całym pokazie. Resztę uzupełniały znane rzeczy artysty czyli „Windowlicker”, „Rubber Johnny” oraz „Sheena is a Parasite”. Całość była bardzo monotonna i powtarzana do znudzenia co owocowało w sumie tym, że całość była męcząca. Jednego czego nie można odmówić Canninghamowi to jest perfekcjonistą i fachowcem na światowym poziomie. Wszystkie wizualizacje na trzech telebimach plus zielony laser miał genialnie zsynchronizowane z sobą nawzajem i muzyką. Dla przykładu gdy była walka kobiety z mężczyzną to każdemu uderzeniu odpowiadał inny dźwięk co poprzez miksowanie wszystkiego razem dawało wspaniały efekt. Wszystko byłoby super gdyby nie ta monotonność i mogło być więcej nowego materiału.

Natomiast na Aphexa nie nastawiałem się w ogóle i występ mnie zmiażdżył i to od samego początku. Chodź przyznam, że jak czytałem opinie po pierwszym dniu to miałem mocne obawy czy będzie dobrze. Już samo miejsce w którym zdecydowano się zorganizować koncert było niesamowite, olbrzymia hala ocynowni chemicznej kombinatu w dawnej hucie im. Sędzimira! Z przystanku wchodziło się na teren huty, aby wsiąść w kolejny autobus na terenie zakładu i znowu mała przejażdżka w klimatach industrialnych. Sama hala była wyłożona oświetleniem na całej długości, a nagłośnienie było rozmieszczone na scenie oraz tak z boku w połowie hali, co dawało ciekawy efekt, ponieważ w głośnikach z przodu i z boku grało co innego ale świetnie dopasowane do siebie. Organizatorzy kazali sobie przyjechać minimum godzinę przed rozpoczęciem koncertu, ale nigdzie nie napisali, że już wtedy będzie grał jakiś Dj. Osobiście myślałem że tak jest z powodów organizacyjnych tylko i na szczęście się myliłem. Sam koncert miazga! Rozpoczął się dość spokojnie monotonną wizualizacją ale czym dalej tym lepiej. Sam osobiście nie znam się na takiej muzyce, bo ja się tylko przy niej bawię, ale za stroną sacrum profanum podaję że grał „…suita w swobodny sposób połączyła ambient, noise, breakbeat, techno, dubstep, drill’n’bass i cytaty z rożnych nagrań…” całość dopełniał niesamowity pokaz laserowy, gdzie wszystkie lasery dodatkowo załamywały się np. na suficie pokrytym rurami. Wizualnie naprawdę mistrzostwo świata i był to chyba jeden z pierwszych koncertów podczas którego przez większość stałem tyłem do sceny! Na całej imprezie przyjemnie się wybawiłem, potańczyłem chodź o dziwo jako nie liczny, gdyż wszyscy głównie tylko stali. Ogólnie występ był miły, jednak Aphex nie byłby sobą gdyby nie przywalił i pod koniec zaprezentował wizualizację z zabijania zwierząt przechodzącą w sekcję zwłok, a kończącą się jakimś japońskim świntuchem z zabawami w odchodach. Naprawdę mocny hc przy którym było widać, że ludzie są mocno zniesmaczeni i bardziej ich boli krzywda zwierząt niż ludzi. Dodatkowo tak jak zauważyła moja ukochana, dobrze że nam tak przyjebał na koniec bo dzięki temu pierwszy raz wychodzimy z jakiegoś koncertu i mamy dość, a przedtem zawsze mieliśmy niedosyt i chcieliśmy więcej.

Całą imprezę uważam za udaną i dobrze się stało że było oznaczenie obydwóch występów kategorią wiekową 18+. Dzięki temu każdy miał mniej więcej świadomość na co się pisze. Dodatkowo co mnie zdziwiło to niektórzy ludzi na Aphlexie, którzy wyglądali jakby się zerwali z takiej klasycznej techno party w latach 90. Myślałem że to gatunek wyginięty już jest, albo co najmniej na wymarciu.

PS.
Gdy wracaliśmy z Cunninghama w niedzielę w nocy to parkując samochód na oś. Ruczaj w Krakowie zobaczyliśmy dzika grasującego na parkingu! Bydle było naprawdę srogich rozmiarów i trochę się wystraszyliśmy, bo w końcu nigdy nie wiadomo co takiemu strzeli do łba, więc szybko i w miarę spokojnie udaliśmy się do domu, co by nie prowokować zwierza.

#106 fragment sacrum profanum

Pamiętam jak bardzo się cieszyłem, gdy zobaczyłem informację o występie Chrisa Cunninghama i Aphex Twina na sacrum profanum. Potem nastąpiło wielkie wyczekiwanie na dzień w którym pojawią się bilety w sprzedaży, a następnie jeszcze większe już na same występy. Od razu byłem bardziej nastawiony na pokaz Cunninghama z racji tego że bardzo lubię to co on tworzy i dla mnie w dziedzinie teledysków jest mistrzem. Na samego Aphexa miałem ochotę się wybrać z czystej ciekawości bo jednak fanem nie jestem choć twórczość jego znam.

W końcu nadszedł upragniony niedzielny wieczór w którym to wybraliśmy się na pokaz Chrisa. Miejscem całego zajścia była Łaźnia Nowa. Sala świetnie dobrana, spora i stwarzała wrażenie jakby była po jakimś warsztacie z zapachem smarów i klei (przynajmniej ja tak czułem, moja druga połowa już nie). Sam pokaz w sumie mnie zawiódł dość mocno. Miał być całkiem nowy, dotychczas pokazywany publicznie tylko raz w Paryżu, a wyszła w sumie kupa. Nowego materiału było z godzinnego pokazu może z 10 mim na co składała się brutalna walka nagiej kobiety i mężczyzny, walka Darth Vadera z Lukiem (ale czy to nowe jest skoro wycięte z filmu?) no i lot ptaka, który okazał się wielkim wytchnieniem w całym pokazie. Resztę uzupełniały znane rzeczy artysty czyli „Windowlicker”, „Rubber Johnny” oraz „Sheena is a Parasite”. Całość była bardzo monotonna i powtarzana do znudzenia co owocowało w sumie tym, że całość była męcząca. Jednego czego nie można odmówić Canninghamowi to jest perfekcjonistą i fachowcem na światowym poziomie. Wszystkie wizualizacje na trzech telebimach plus zielony laser miał genialnie zsynchronizowane z sobą nawzajem i muzyką. Dla przykładu gdy była walka kobiety z mężczyzną to każdemu uderzeniu odpowiadał inny dźwięk co poprzez miksowanie wszystkiego razem dawało wspaniały efekt. Wszystko byłoby super gdyby nie ta monotonność i mogło być więcej nowego materiału.

Natomiast na Aphexa nie nastawiałem się w ogóle i występ mnie zmiażdżył i to od samego początku. Chodź przyznam, że jak czytałem opinie po pierwszym dniu to miałem mocne obawy czy będzie dobrze. Już samo miejsce w którym zdecydowano się zorganizować koncert było niesamowite, olbrzymia hala ocynowni chemicznej kombinatu w dawnej hucie im. Sędzimira! Z przystanku wchodziło się na teren huty, aby wsiąść w kolejny autobus na terenie zakładu i znowu mała przejażdżka w klimatach industrialnych. Sama hala była wyłożona oświetleniem na całej długości, a nagłośnienie było rozmieszczone na scenie oraz tak z boku w połowie hali, co dawało ciekawy efekt, ponieważ w głośnikach z przodu i z boku grało co innego ale świetnie dopasowane do siebie. Organizatorzy kazali sobie przyjechać minimum godzinę przed rozpoczęciem koncertu, ale nigdzie nie napisali, że już wtedy będzie grał jakiś Dj. Osobiście myślałem że tak jest z powodów organizacyjnych tylko i na szczęście się myliłem. Sam koncert miazga! Rozpoczął się dość spokojnie monotonną wizualizacją ale czym dalej tym lepiej. Sam osobiście nie znam się na takiej muzyce, bo ja się tylko przy niej bawię, ale za stroną sacrum profanum podaję że grał „…suita w swobodny sposób połączyła ambient, noise, breakbeat, techno, dubstep, drill’n’bass i cytaty z rożnych nagrań…” całość dopełniał niesamowity pokaz laserowy, gdzie wszystkie lasery dodatkowo załamywały się np. na suficie pokrytym rurami. Wizualnie naprawdę mistrzostwo świata i był to chyba jeden z pierwszych koncertów podczas którego przez większość stałem tyłem do sceny! Na całej imprezie przyjemnie się wybawiłem, potańczyłem chodź o dziwo jako nie liczny, gdyż wszyscy głównie tylko stali. Ogólnie występ był miły, jednak Aphex nie byłby sobą gdyby nie przywalił i pod koniec zaprezentował wizualizację z zabijania zwierząt przechodzącą w sekcję zwłok, a kończącą się jakimś japońskim świntuchem z zabawami w odchodach. Naprawdę mocny hc przy którym było widać, że ludzie są mocno zniesmaczeni i bardziej ich boli krzywda zwierząt niż ludzi. Dodatkowo tak jak zauważyła moja ukochana, dobrze że nam tak przyjebał na koniec bo dzięki temu pierwszy raz wychodzimy z jakiegoś koncertu i mamy dość, a przedtem zawsze mieliśmy niedosyt i chcieliśmy więcej.

Całą imprezę uważam za udaną i dobrze się stało że było oznaczenie obydwóch występów kategorią wiekową 18+. Dzięki temu każdy miał mniej więcej świadomość na co się pisze. Dodatkowo co mnie zdziwiło to niektórzy ludzi na Aphlexie, którzy wyglądali jakby się zerwali z takiej klasycznej techno party w latach 90. Myślałem że to gatunek wyginięty już jest, albo co najmniej na wymarciu.

PS.
Gdy wracaliśmy z Cunninghama w niedzielę w nocy to parkując samochód na oś. Ruczaj w Krakowie zobaczyliśmy dzika grasującego na parkingu! Bydle było naprawdę srogich rozmiarów i trochę się wystraszyliśmy, bo w końcu nigdy nie wiadomo co takiemu strzeli do łba, więc szybko i w miarę spokojnie udaliśmy się do domu, co by nie prowokować zwierza.

#106 fragment sacrum profanum

Pamiętam jak bardzo się cieszyłem, gdy zobaczyłem informację o występie Chrisa Cunninghama i Aphex Twina na sacrum profanum. Potem nastąpiło wielkie wyczekiwanie na dzień w którym pojawią się bilety w sprzedaży, a następnie jeszcze większe już na same występy. Od razu byłem bardziej nastawiony na pokaz Cunninghama z racji tego że bardzo lubię to co on tworzy i dla mnie w dziedzinie teledysków jest mistrzem. Na samego Aphexa miałem ochotę się wybrać z czystej ciekawości bo jednak fanem nie jestem choć twórczość jego znam.

W końcu nadszedł upragniony niedzielny wieczór w którym to wybraliśmy się na pokaz Chrisa. Miejscem całego zajścia była Łaźnia Nowa. Sala świetnie dobrana, spora i stwarzała wrażenie jakby była po jakimś warsztacie z zapachem smarów i klei (przynajmniej ja tak czułem, moja druga połowa już nie). Sam pokaz w sumie mnie zawiódł dość mocno. Miał być całkiem nowy, dotychczas pokazywany publicznie tylko raz w Paryżu, a wyszła w sumie kupa. Nowego materiału było z godzinnego pokazu może z 10 mim na co składała się brutalna walka nagiej kobiety i mężczyzny, walka Darth Vadera z Lukiem (ale czy to nowe jest skoro wycięte z filmu?) no i lot ptaka, który okazał się wielkim wytchnieniem w całym pokazie. Resztę uzupełniały znane rzeczy artysty czyli „Windowlicker”, „Rubber Johnny” oraz „Sheena is a Parasite”. Całość była bardzo monotonna i powtarzana do znudzenia co owocowało w sumie tym, że całość była męcząca. Jednego czego nie można odmówić Canninghamowi to jest perfekcjonistą i fachowcem na światowym poziomie. Wszystkie wizualizacje na trzech telebimach plus zielony laser miał genialnie zsynchronizowane z sobą nawzajem i muzyką. Dla przykładu gdy była walka kobiety z mężczyzną to każdemu uderzeniu odpowiadał inny dźwięk co poprzez miksowanie wszystkiego razem dawało wspaniały efekt. Wszystko byłoby super gdyby nie ta monotonność i mogło być więcej nowego materiału.

Natomiast na Aphexa nie nastawiałem się w ogóle i występ mnie zmiażdżył i to od samego początku. Chodź przyznam, że jak czytałem opinie po pierwszym dniu to miałem mocne obawy czy będzie dobrze. Już samo miejsce w którym zdecydowano się zorganizować koncert było niesamowite, olbrzymia hala ocynowni chemicznej kombinatu w dawnej hucie im. Sędzimira! Z przystanku wchodziło się na teren huty, aby wsiąść w kolejny autobus na terenie zakładu i znowu mała przejażdżka w klimatach industrialnych. Sama hala była wyłożona oświetleniem na całej długości, a nagłośnienie było rozmieszczone na scenie oraz tak z boku w połowie hali, co dawało ciekawy efekt, ponieważ w głośnikach z przodu i z boku grało co innego ale świetnie dopasowane do siebie. Organizatorzy kazali sobie przyjechać minimum godzinę przed rozpoczęciem koncertu, ale nigdzie nie napisali, że już wtedy będzie grał jakiś Dj. Osobiście myślałem że tak jest z powodów organizacyjnych tylko i na szczęście się myliłem. Sam koncert miazga! Rozpoczął się dość spokojnie monotonną wizualizacją ale czym dalej tym lepiej. Sam osobiście nie znam się na takiej muzyce, bo ja się tylko przy niej bawię, ale za stroną sacrum profanum podaję że grał „…suita w swobodny sposób połączyła ambient, noise, breakbeat, techno, dubstep, drill’n’bass i cytaty z rożnych nagrań…” całość dopełniał niesamowity pokaz laserowy, gdzie wszystkie lasery dodatkowo załamywały się np. na suficie pokrytym rurami. Wizualnie naprawdę mistrzostwo świata i był to chyba jeden z pierwszych koncertów podczas którego przez większość stałem tyłem do sceny! Na całej imprezie przyjemnie się wybawiłem, potańczyłem chodź o dziwo jako nie liczny, gdyż wszyscy głównie tylko stali. Ogólnie występ był miły, jednak Aphex nie byłby sobą gdyby nie przywalił i pod koniec zaprezentował wizualizację z zabijania zwierząt przechodzącą w sekcję zwłok, a kończącą się jakimś japońskim świntuchem z zabawami w odchodach. Naprawdę mocny hc przy którym było widać, że ludzie są mocno zniesmaczeni i bardziej ich boli krzywda zwierząt niż ludzi. Dodatkowo tak jak zauważyła moja ukochana, dobrze że nam tak przyjebał na koniec bo dzięki temu pierwszy raz wychodzimy z jakiegoś koncertu i mamy dość, a przedtem zawsze mieliśmy niedosyt i chcieliśmy więcej.

Całą imprezę uważam za udaną i dobrze się stało że było oznaczenie obydwóch występów kategorią wiekową 18+. Dzięki temu każdy miał mniej więcej świadomość na co się pisze. Dodatkowo co mnie zdziwiło to niektórzy ludzi na Aphlexie, którzy wyglądali jakby się zerwali z takiej klasycznej techno party w latach 90. Myślałem że to gatunek wyginięty już jest, albo co najmniej na wymarciu.

PS.
Gdy wracaliśmy z Cunninghama w niedzielę w nocy to parkując samochód na oś. Ruczaj w Krakowie zobaczyliśmy dzika grasującego na parkingu! Bydle było naprawdę srogich rozmiarów i trochę się wystraszyliśmy, bo w końcu nigdy nie wiadomo co takiemu strzeli do łba, więc szybko i w miarę spokojnie udaliśmy się do domu, co by nie prowokować zwierza.