Archiwum

Archive for the ‘film’ Category

#397 Avengers: Czas Ultrona, reż. i scen. Joss Whedon,

7681633.3W końcu po wielu miesiącach reklam, przecieków z planu i informacji ile zdążyło już zarobić, najnowsze widowisko Marvela i Disney’a dotarło także i do naszego kraju. Ja mając w pamięci jak dobrze bawiłem się na pierwszej części, tym razem wybrałem się w towarzystwie kilku znajomych do IMAX, aby podziwiać ponoć najbardziej dopracowaną wersję filmu.

Wszystko rozpoczyna się sceną ataku pełną eksplozji, ujęć w zwolnionym tempie i klimatem przypominającym filmy o Bondzie (scena, w której nasza ekipa wpada do siedziby Hydry na gościnny występ). Wszystko po to, aby odzyskać od nich berło Lokiego z poprzedniej części. Jest to potężny artefakt, którego potęgę ludzie nie do końca rozumieją. Nasi dzielni bohaterowie oczywiście wychodzą zwycięską ręką z tego zadania. Jednak zanim Thor odda ten przedmiot do swojego świata, postanawia zostać jeszcze trzy dni ze swoimi przyjaciółmi i świętować zwycięstwo. Te kilka dni postanawia wykorzystać Tony Stark, aby zbadać tajemniczy przedmiot, a potem na jego podstawie stworzyć sztuczną inteligencję mającą za zadanie strzec całej Ziemi przed wszelkim złem. Równocześnie nakłania do współpracy nad tym projektem w tajemnicy Bruca Bannera dzięki czemu ich praca zostaje zakończona sukcesem. Potem kłopoty dopiero nadchodzą.

Mógłbym się przyczepić do kilku rzeczy, jak choćby kompletnej nonszalancji w zachowaniu Starka i braku jakiejkolwiek większej reakcji ze strony jego towarzyszy. Przecież doprowadził prawie dwa razy do zagłady całej planety, a już po pierwszym razie powinni go zastrzelić, albo chociaż umieścić w jakimś dole w ziemi i tylko zrzucać co jakiś czas jedzenie. Jednak z drugiej strony po co mam się pastwić nad filmem, który zapewnił mi ponad dwie godziny świetnej zabawy? Naprawdę miło się zaskoczyłem jak wiele razy szczerze się uśmiałem. Ten film sprawia wrażenie jakby został stworzony tylko po to, aby główni bohaterowie mogli co chwilę rzucać świetnymi one-linerami i naprzemiennie przeplatać to z epickimi (nienawidzę tego określenia w tym kontekście, ale one właśnie takie są) scenami pełnymi akcji i eksplozji. Dodatkowo twórcy wreszcie pokazali, że mają jakiś pomysł na postacie Black Widow oraz Hawkeye’a. Przecież w poprzedniej części byli oni typowymi zapchaj dziurami z których wszyscy się śmiali. Teraz ona jest interesującą, dramatyczną osobą poszukującą miłości i pełniącą bardzo ważną rolę katalizatora złości w drużynie. Odnośnie Hawkeye’a okazało się, że potrafi wszystkich poskładać do kupy i zmotywować wtedy, kiedy potrzebują tego najbardziej. Poza tym to normalny facet z kilkoma skrzętnie skrywanymi tajemnicami. Dzięki temu cała ekipa tylko zyskała na wartości.

Poza całą tą frajdą, którą otrzymuje widz podczas seansu dodatkowo jest to ważny film dla każdego fana uniwersum, ponieważ zamyka on tzw. drugą fazę w skład której bezpośrednio wchodziły: Iron Man 3, Thor: Mroczny świat, Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz oraz Strażnicy Galaktyki, a dołączy jeszcze Ant-Man w najbliższe wakacje. W związku z tym otrzymujemy kilka nowych postaci z czego Wanda Maximoff i jej brat Pietro są naprawdę świetni. Pełni humoru, troszczący się nawzajem o siebie i świetnie współpracujący razem. Dochodzi również do końca Avengers w aktualnym składzie i na ich miejsce powstaje nowa drużyna. Przy czym naprawdę sensownie i naturalnie do tego dochodzi.

Jakby się tak zastanowić, to w całości przeszkadza mi tylko postać przeciwnika. Nawet nie chodzi mi o to, że Ultron jest trochę taki jednowymiarowy i bezpłciowy. Dzięki temu koleś ma czysto określony cel, który stara się zrealizować i chwała mu za to. Mi bardziej nie pasuje to, że dla mnie znacznie gorszy od niego jest zadufany w sobie dupek z kompleksem boga w postaci Tonego Starka. Postać która autentycznie mnie denerwowała w tym filmie, a reszta drużyny powinna mu nakopać za to co zrobił.

Mimo wszystko jest to świetne kino rozrywkowe. Może poziomem nedrostwa i dziecięcej radochy nie dorównał Guardians of The Galaxy ale i tak jest dobrze. Faktem jest, że Avengers: Czas Ultrona to kawał świetnego popkulturowego kina na które warto wybrać się do kina. Może niekoniecznie do IMAX, gdzie co prawda wszystko jest 3d i takie tam, ale o całym efekcie zapomina się po 20 minutach, a szkoda przepłacać za bilety. Poza tym ja nie lubię dodatkowych okularów na twarzy.

#373 mój filmowy rok 2014

Nie ma się co okłamywać. Zapewne pod wpływem ogólnie panującej mody na robienie wszelkiego typu podsumowań, również i ja postanowiłem się skusić i zrobić swoje zestawienie najlepszych filmów jakie widziałem w minionym roku. Jednak gdy spojrzałem na swój profil na filmwebie mocno się zdziwiłem. Wychodzi na to, że widziałem coś pod setkę filmów i większość z nich była niestety raczej średnia. Kilkanaście całkiem dobrych a takich, które mocno wbijają się w głowę zaledwie kilka i na nich chciałbym się skupić. Chciałbym tylko zaznaczyć, że nie wszystkie filmy są z zeszłego roku. To ja je wtedy widziałem. Część z was pewnie niektóre tytuły zna już od bardzo dawna.

RHPSThe Rocki Horror Picture Show.

Nie znoszę musicali. Męczę się na nich niemiłosiernie. Denerwują mnie piosenki w filmach już od czasu pierwszych animacji Disney’a jakie widziałem w dzieciństwie. Jednak do tego filmu jakoś mnie ciągnęło. Miałem blade wyobrażenie o nim, ale to co mnie spotkało podczas seansu przerosło moje najśmielsze oczekiwania. To opowieść o parze zakochanych, której psuje się samochód gdzieś na totalnym odludziu. Z braku jakichkolwiek innych alternatyw zaczynają szukać pomocy i trafiają do posiadłości szalonego naukowca. To co dzieje się dalej z każdą minutą robi się coraz dziwniejsze i zabawne. Po za tym wspaniały Tim Curry w roli szalonego naukowca paradujący w gorsecie i pończochach jest tutaj chyba w swojej życiowej roli. Natomiast Susan Sarandon to prawdziwa bogini seksu. Jest po prostu zjawiskowa. Od teraz patrzę na nią zupełnie inaczej. Dla tych dwóch ról już warto zobaczyć ten film, a cała reszta to naprawdę świetnie zrealizowane kino mieszające kilka gatunków w cudowny twór z powodu którego niektóre piosenki nadal czasami sobie nucę. …Toucha toucha toucha touch me, I wanna be dirty…

gofgGuardians of The Galaxy

Filmy na podstawie komiksów oglądam zawsze z powodu mej wielkiej miłości do tego medium. Jednak z żalem muszę przyznać, zazwyczaj nie są to dzieła wysokich lotów. Gdy zobaczyłem pierwszy trailer Strażników Galaktyki byłem załamany i pewien, że będzie to gniot niesamowitych rozmiarów. Jak bardzo się wtedy pomyliłem okazało się dopiero podczas seansu, kiedy film kupił mnie już na napisach początkowych. Potem było już tylko lepiej. Jest to bardzo dobrze zrealizowane kino nowej przygody, gdzie jest miejsce na kilka świetnych żartów, autoironii i one linerów. Chwilę zadumy, propagowania pozytywnych wartości ale też i zapierającej dech w piersi akcji pełnej wybuchów i eksplozji. To jest po prostu niesamowicie dobrze zrealizowane kino rozrywkowe mające na celu z każdą minutą powodować większy uśmiech u widza. Dodatkowo pierwszy raz od dawna to trailer okazał się porażką, a sam film wyśmienity. Niestety w przypadku kina lekkiego i przyjemnego często bywa odwrotnie.

twelve_years_a_slaveTwelve Years a Slave

Czyli jak zepsuć sobie nastrój już w pierwszym kwartale roku. Historia tutaj opowiedziana wydarzyła się naprawdę w XIX wieku. Opowiada o czarnym mieszkańcu Nowego Jorku, który został porwany i sprzedany jako niewolnik na południe Stanów Zjednoczonych. Wstrząsająca opowieść o mężczyźnie, który w ciągu jednego dnia z wolnego człowieka mającego kochającą rodzinę, pracę i swoje życie stał się własnością prywatną białego pana, bez żadnych praw, gdzieś na drugim końcu kraju. Całość poraża wrażliwością i mocą z jaką uderza w widza. Im dłużej cała projekcja trwa, tym bardziej dobija nas beznadziejna sytuacja w jakiej znalazł się główny bohater. Ważny i bardzo wartościowy film opowiadający o rzeczach dziejących się jeszcze nie tak dawno temu, a w niektórych miejscach na świecie nadal trwającym procederze.

lego_movieLego The Movie

Film o klockach z którymi spędziłem połowę swojego dzieciństwa, a teraz oglądam w internecie jak bawią się z nimi dorośli. Tworząc z nich małe cuda. O dziwo nie miałem w planach w ogóle oglądać go, ale jakoś tak wyszło, że pojawił się u mnie w domu i z braku lepszej alternatywy przysiadłem do niego. Na początku czułem się mocno zagubiony  szybkością filmu i ciągłymi zwrotami akcji. Jednak w bardzo szybkim czasie przypomniałem sobie jak sam się nimi bawiłem. Przecież wyglądało to dokładnie tak samo. Zawsze wszystko było możliwe. Ten film to właśnie zapis dziecięcej, niczym nieskrępowanej zabawy i wyobraźni. Po za tym jest to wspaniała komedia pełna świetnych gagów i odwołań do całej popkultury. Czasem nawet dawałem stop klatkę, aby spokojnie obejrzeć drugi i trzeci plan. Z jednej strony trochę mnie rozczulił i przypomniał beztroskie czasy gdy byłem maluchem. Z drugiej zapewnił mi świetną rozrywkę, więc czego chcieć więcej?

bogowieBogowie

Długo w to nie wierzyłem, ale Polacy jednak potrafią zrobić dobry film, który nie jest dołujący i nie opowiada o  traumatycznych wydarzeniach z naszej przeszłości. Tutaj otrzymaliśmy wciągającą opowieść o człowieku owładniętym jedną ideą i dążącym do jej realizacji za wszelką cenę. Wciągającą historię walki profesora Religi o postęp w medycynie, a także z samym sobą. Już samo to wystarczyło by spędzić dobrze 2 godziny, ale dodatkowo jest Tomasz Kot. Aktor który był mi kompletnie obojętny, tutaj pokazuje, że jest aktorem totalnym. On nie gra głównego bohatera, ale się nim stał. Ruszał się tak jak on, chodził, palił papierosy w specyficzny sposób. Byłem i w sumie nadal jestem pod wielkim wrażeniem. Dodatkowo film cały czas trzyma w napięciu pomimo tego, że i tak każdy z nas wie jak to się wszystko skończyło.

The Fault in Our StarsThe Fault in Our Stars

Tak przyznaję się bez bicia, obejrzałem romantyczną komedię dla nastolatek i świetnie się bawiłem. Sam już nie pamiętam jak trafiłem na ten film, ale puściłem go od niechcenia w jakieś sobotnie do południe i przepadłem na dwie godziny. Historia chorej na raka tarczycy Hazel jest po prostu wspaniała. Młoda bohaterka to pogodzona nastolatka, która nauczyła się żyć z widmem rychłej śmierci i przy okazji cięto z niej żartować. Brakuje jej tylko normalności w życiu. Przyjaciół i takich typowych zajęć dla jej wieku. Za namową rodziców idzie na spotkanie grupy wsparcia, gdzie poznaje nastoletniego Gusa, byłego koszykarza z amputowaną nogą. Od tego momentu rozpoczyna się ich piękna miłość, kiedy chociaż przez chwilę mogli się poczuć jak normalni, zdrowi nastolatkowie. Uwielbiam takie filmy o których prawie nic nie wiem. Małe, kameralne, a podczas seansu okazujące się perełkami. Przez dwie godziny śmiałem się i płakałem na przemian, z krótką przerwą na złość podczas ich wymarzonego spotkania z pewnym autorem. Opowieść która naprawdę oddziałuje na człowieka, a nie tylko leci sobie w tle.

pokłosiePokłosie

Film ukazujący losy dwóch braci, którzy próbują odkryć dawno zakopaną tajemnicę ich rodzinnej wioski. Dosyć ciężkie kino poruszające ważny temat, przy okazji pokazując jak wygląda działanie i zachowanie pewnych grup ludzi. Temat ten spokojnie można odnieść do wielu warstw otaczającego nas życia i co najsmutniejsze, wszyscy pozostają bierni. Poza dobrym tematem, tytuł ten wyróżnia się wspaniałą rolą Macieja Stuhra, za którą bardzo mu się oberwało po premierze od prawdziwych Polaków. Oczerniali go gdzie tylko mogli. Co samo w sobie świetnie pokazuje na jakim świecie żyjemy. Dla mnie kompletnie niezrozumiałe, aby utożsamiać aktora z jego rolą w życiu codziennym. Wielkie brawa należą się również Pasikowskiemu za genialne zbudowanie dusznego i bardzo mrocznego klimatu. Coś wspaniałego, aż miałem problem usiedzieć w spokoju na kanapie.

barbarella_poster_04Barbarella

Długo planowałem zobaczyć ten film, ale jakoś ciągle nie mogłem tego uskutecznić. Jednak gdy już w końcu rozpoczął się seans wiedziałem, że nie pożałuję. Już sama czołówka z lewitującą i powoli rozbierającą się Jane Fondą jest wspaniała, a potem jest już tylko lepiej. Główna bohaterka otrzymuje od prezydenta Ziemi misję mającą na celu uratowanie pokoju w całej galaktyce. Z tego też powodu Barbarella musi przebrać się chyba z 12 razy w coraz odważniejsze kreacje. Stawić czoło szalonemu naukowcowi Durand Durand, przy okazji wskakując do łóżka prawie każdemu kto się napatoczy. Swoją drogą byłem zdziwiony ile w tym filmie jest erotyzmu. Pięknego i z klasą, ale w takiej ilości, że ten film  dosłownie nim ocieka. Teraz już takiego kina się nie robi, a szkoda. Z każdą minutą robi się coraz bardziej dziwnie i niepokojąco. Bo jak ma się poczuć widź, kiedy jest świadkiem przerażającej sceny w której piękna kobieta uwięziona jest w klatce z morderczymi kanarkami? Tak, dobrze  przeczytaliście. Ona leży i wije się, a te małe ptaszki zdzierają z niej ubranie raniąc ją przy tym niemiłosiernie. Takich smaczków w tym filmie jest znacznie więcej, dzięki czemu projekcja to niezapomniane przeżycie.

#296 Escape Plan, reż. Mikael Håfström, scen. Miles Chapman

6 marca 2014 Komentarze wyłączone

EPNajpierw przez kilka dni próbowałem napisać ten tekst i kompletnie nic mi nie wychodzi. Nie potrafiłem sklecić kilku sensownych zdań i powoli zaczynałem podejrzewać, że się uwsteczniam. Jak już go w bólach popełniłem, dałem go do szuflady by się odleżał dzień lub dwa i zapomniałem o nim na całe trzy tygodnie.

Ostatnio po tym jak wróciłem po ciężkim dniu, chwilę się zrelaksowałem, znowu zasiadłem do pracy. Jakoś tak zeszło mi na niej do prawie 22 i pomimo późnej godziny i świadomości, że pewnie za niedługo zasnę, miałem przemożną ochotę obejrzeć jakiś film. Dlatego też nie mogło to być nic ambitnego, więc padło na Escape Plan z Sylvestem Stallone oraz Arnoldem Schwarzeneggerem w rolach głównych. Ku mojemu zaskoczeniu, nie zasnąłem, obejrzałem film do samego końca i jeszcze świetnie się przy tym bawiłem. Jednak wszystko po kolei.

Plan ucieczki to historia Ray’a Breslina (Stallone). Człowieka po przejściach, który zarabia na życie uciekając z więzień. Dzięki temu wytyka błędy służbom więziennictwa, zarabia na dostatnie życie i utrzymuje przestępców we właściwym miejscu. Jednak pewnego dnia zgłasza się do niego tajemnicza kobieta, podająca się za pracownicę którejś z rządowych agencji i składa mu propozycję.  Musi uciec z tajnego więzienia sponsorowanego z pieniędzy prywatnych inwestorów. Instytucja ta jest poza wszelką kontrolą, jednak posiada aprobatę państw, które czasem same korzystają z jego usług. Jest to przybytek przeznaczony dla ludzi, którzy mają zniknąć, jednak są zbyt wartościowi aby ich zabijać.  W takie miejsce trafia nasz bohater i szybko orientuje się, że wpadł w zastawioną na niego pułapkę, a jedynym jego sojusznikiem okazuje się Emil Rottmayer (w tej roli Schwarzenegger). Od tej chwili muszą razem współpracować, aby odzyskać wolność i wyjaśnić zagadkę kto stoi za całym spiskiem.

Powstaniu tego filmu bez wątpienia przyświecał ten sam cel jak podczas realizacji dwóch części Niezniszczalnych, czyli powrót do kina akcji lat 80 XX. wieku. Dzięki temu odbyłem miłą podróż do mojego dzieciństwa. Znowu przypomniałem sobie wiele filmów, na których się wychowałem, a których wtedy z pewnością nie powinienem był oglądać. Pełnych niesamowitych akcji, brutalnych scen, ale również opowieści gdzie dobro zawsze zwyciężało, karząc złych za ich niecne uczynki. Czasów wielkich bohaterów z jeszcze większymi spluwami. Tutaj wszystko jest jakby z poprzedniej epoki. Główni bohaterowie to prawdziwi twardziele co jakiś czas rzucający one linerami. Równocześnie każdego z nich popycha do działania ckliwa historyjka z tragedią rodzinną w tle, przez co stają się bardziej ludzcy. Ich przeciwnicy to z kolei do cna zdegenerowane jednostki, które dla pieniędzy są w stanie zrobić wszystko.

Poza ciekawą i niezobowiązującą fabułą moją uwagę przykuło również miejsce przetrzymywania głównych bohaterów. Jest to więzienie gdzie absolutnie każdy jego aspekt został dokładnie przemyślany pod kątem uniemożliwienia ewentualnej ucieczki. Zostało to osiągnięte głównie za pomocą pogwałcenia wszelkich obowiązujących praw skazańców z poszanowaniem godności osobistej na czele. Wszystko to zostało dość logicznie i sprawnie wyjaśnione, a samo miejsce ulokowania więzienia mnie mile zaskoczyło.

Film ten sprawił mi wiele przyjemności. Spodziewałem się w sumie marnego kina akcji, a otrzymałem w zamian naprawdę miłą i przyjemną rozrywkę na wieczór. Co prawda wszystko jest do bólu przewidywalne, ale akcja jest na tyle ciekawa, że ani przez chwilę się nie nudziłem. Dzięki temu, dotarłem do końca, gdzie wszystko kończy się w jedyny możliwy sposób, przy czym zajęty miłą rozrywką, nie domyśliłem się rozwiązania historii przed końcem seansu. Dla mnie był to udany powrót do filmów akcji mojego dzieciństwa i jeśli ktoś tak jak ja wychowywał się w latach 80 XX wieku podczas seansu powinien się świetnie bawić.

#290 Wilk z Wall Street, reż. Martin Scorsese, scen. Terence Winter

wilk-z-wall-street-plakatPamiętam gdy pierwszy raz zobaczyłem trailer tego filmu, siedząc w kinie, czekając na projekcję. Pierwsza moja myśl była – tego ścierwa na pewno nie obejrzę. Jednak potem pod wpływem nominacji do Oscara, które swoją drogą już dawno przestały być wyznacznikiem czegokolwiek oraz pozytywnych recenzji znajomych postanowiłem dać się skusić. W ten sposób zmarnowałem trzy godziny swojego życia, których nikt nigdy mi już nie zwróci i w dodatku zepsułem sobie sobotni wieczór.

Film opowiada historię Jordana Belforta, brokera, który w oszałamiającym tempie zrobił zawrotną karierę na Wall Street. Lecz jego szczęście nie trwało długo ponieważ z powodu prowadzenia życia pozbawionego wszelkich zasad bardzo szybko zwrócił na siebie uwagę FBI. Jak to się dla niego skończyło każdy z nas bez problemu jest w stanie przewidzieć.

Jednak prawdziwa recenzja tego filmu powinna brzmieć mniej więcej tak: cycki, dupy, koks, masa pieniędzy, szkolenia sprzedażowe, golenie głowy lasce za pieniądze, które postanowiła przeznaczyć na powiększenie sobie cycków, imprezy, szybkie samochody, cycki, seks, wóda, cycki, oszukiwanie klientów, szybka kasa, cycki, koks,  cycki, koks, rzyganie, wóda, znowu szybka kasa i cycki i tak przez trzy godziny. To wszystko jest oczywiście przeplatane mnóstwem przekleństw i samczego zachowania, dzięki czemu z ekranu dosłownie wylewa się testosteron. Sam jestem facetem, nie zawsze zachowuję się jak dżentelmen, czasem bywam jak świnia. Jednak oglądając ten film czułem zażenowanie z powodu obrazu mężczyzn jaki prezentuje. Jeśli tak zachowuje się „prawdziwy mężczyzna sukcesu”, „rekin finansjery” to ja naprawdę dziwię się kobietom, że chcą z nami w ogóle rozmawiać. Chociaż babom też się obrywa w tym filmie. Wychodzi na to, że wszystkie żony bohaterów wiedziały, że są zdradzane, a ich mężowie zbijają fortuny tylko i wyłącznie na oszustwach. Mimo to nie decydowały się na rozstanie. Wiadomo jak to o nich świadczy.

Zdaję sobie sprawę, że ten film momentami może wydawać się zabawny jednak polecam przejść przez kilka szkoleń sprzedażowych lub pracę z klientami oszukanymi przez tak wspaniałych sprzedawców i od razu każdemu uśmiech zejdzie z twarzy. Pamiętam momenty kiedy dzwonili do mnie osiemdziesięcioletni ludzie, którzy z trudem obsługiwali telefon stacjonarny, a na umowie mieli jeszcze internet i telewizję. Oczywiście wszystko nie podłączone, komputera w domu brak, ale płacić trzeba. Pomijam kwestie etyczne takiego zachowania, ale jest to po prostu chamstwo i każdemu kto się tak zachowuje życzę, aby ktoś też go tak załatwił wraz z całą jego rodziną.

Nie rozumiem również tych zachwytów nad genialną grą aktorską Leonarda Di Caprio. Albo udaje totalnie odurzonego wszelkimi możliwymi substancjami, albo jest w otoczeniu cycków lub niemiłosiernie się wydziera odmieniając w każdy możliwy sposób słowo „fuck”. Jest w tym bardzo marny i znacznie lepsze kreacje stworzył chociażby w Django lub Drodze do szczęścia, żeby daleko nie szukać. Wystarczy przejść się na dowolną imprezę masową i bez problemu znajdzie się lepszych „aktorów”, którzy ledwo stojąc na nogach dają znacznie większy popis umiejętności aktorskich i jakoś do Oscara nikt ich nie nominuje.

Gdzieś czytałem, że jest to najbardziej kasowy film w dorobku Martina Scorsese i jest mi z tego powodu przykro. Patrząc na jego filmografię widzę sporo dobrych, wartościowych filmów, ale dopiero taki szmatławiec okazał się hitem. Może to ja jestem ograniczony i nie potrafię dostrzec kunsztu tego filmu. Jednak naprawdę nie widzę w nim nic wartościowego. Jest nudny, chamski do bólu, nieśmieszny, stanowczo za długi i po seansie wychodzi na to, że wystarczy pokazać mnóstwo cycków i kokainy, aby wszyscy byli zachwyceni. Czy to nie świadczy źle o nas wszystkich? Jedyne co mnie zastanawia po projekcji to jakim cudem w dobie wszechogarniającego silikonu twórcom udało się znaleźć tak wiele kobiet z naturalnym biustem. Kastingi musiały trwać wiecznie.

#227 The Place Beyond The Pines, reż. Derek Cianfrance, scen. Derek Cianfrance, Ben Coccio oraz Darius Marder

The-Place-Beyond-The-Pines-posterPamiętam jak bardzo wymęczył mnie, poprzedni film reżysera Blue Valentine i szczerze przyznam nie wiem co mnie podkusiło aby zabrać się za jego kolejne dzieło. Zapewne zachęciła mnie całkiem dobra obsada lub z każdej strony pojawiające się pozytywne recenzje.

Opowieść rozpoczyna się w momencie kiedy kaskader cyrkowy (Ryan Gosling) spotyka swój zeszłoroczny romans (Eva Mendes) i dowiaduje się, że w wyniku chwili przyjemności został ojcem. Sam nie znał swego papy więc teraz targają nim sprzeczne uczucia. Czy ma się zająć synem i jego matką pomimo tego, że już świetnie sobie ułożyli życie bez niego czy wyjechać i nigdy się nie pojawić? Nie będzie tutaj wielkim zaskoczeniem, gdy napiszę iż wybrał najgorzej jak tylko mógł, a potem już wszystko układało się coraz gorzej. Nawet wtedy gdy zmienili się bohaterowie i widź śledzi całkiem inną historię. Dzieje się tak ponieważ mniej więcej w połowie filmu widza spotyka jedyny pozytywny i zaskakujący moment całego seansu, w efekcie czego zmienia się opowieść. Głównym bohaterem zostaje Bradley Cooper w roli miejscowego policjanta i bohatera zarazem, który odkrywa nieprawidłowości u siebie na komendzie i postanawia je usunąć. Efekty tego są niestety bardzo łatwe do przewidzenia. Prowadzą również do niezwykle przejmującego i dołującego zakończenia (w wyobraźni scenarzystów, bo każdy kto zobaczył już w życiu przynajmniej z dziesięć filmów będzie ziewał z nudów), które sprawnie łączy cały film w całość.

Cały film opowiada losy kilku bohaterów na przestrzeni kilkunastu lat. Obserwujemy jak podejmują ważne decyzje w swoim życiu aby potem zmagać się z ich konsekwencjami. Jednak życie samo w sobie nie jest łatwo, dlatego też postacie filmowe muszą mieć znacznie bardziej pod górkę. Z tego też powodu nad filmem unosi się olbrzymi smutek przeciw któremu nie miałbym nic. W końcu umiejętnie dawkowane przygnębienie daje często do myślenia i nie raz już potrafiło mieć oczyszczające właściwości. Jednak w tym przypadku cały nastrój sprawia, że fabuła robi się przewidywalna, a czasem wręcz oczywista, ponieważ wszystko musi zmierzać ku gorszemu. Jakby tego było mało większość postaci ma niezwykle irytujące osobowości, które dosłownie drażnią swoją obecnością na ekranie. Gosling gra kaskadera cyrkowego totalnie nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie, który czegokolwiek się dotknie to spartaczy głównie przez swoją głupotę. Jego „miłość” grana przez Evę Mendes po tym jak ułożyła sobie życie, postanawia wszystko zniszczyć spotykając się z idiotą, zamiast pozbyć się go z życia własnego i dziecka. Jednak najgorszą postacią był syn Aj, który swoim zmanierowaniem doprowadza do szału. Jakaś dziwna wypadkowa dresa i włoskiego mafioza. Wiecznie spocony aktor dodatkowo odgrywa swoją postać w taki sposób jakby za bardzo zapatrzył się w Don Vito Corleone.

The-place-beyond-the-pines

Sam film przy pomocy przeplatających się wątków głównych bohaterów próbuje pokazać, że w życiu nie ma nic nowego i wszystko cały czas zatacza koło. Szkoda tylko, że scenarzyści układając pod tą oczywistość cały film sprawili, że stał się okropnie przewidywalny robiąc z ponad dwugodzinnej opowieści okropny twór na którym niezwykle trudno jest wysiedzieć do końca. Równocześnie mieszając wątki udało im się sprawić dość sporą niespodziankę dla widzów mniej więcej w połowie historii. Jednak zaliczę im to jako błąd statystyczny, ponieważ przy tak męczącym scenariuszu oraz stanowczo za długim, coś musiało im w końcu wyjść dobrze, choćby przypadkiem. Matematyki nie da się oszukać.

Wszystko co wymieniłem powyżej sprawia, że film jest nudny, przewidywalny i stanowczo za długi, którego szczerze nie polecam. Jest to jedna wielka strata czasu i za każdym razem gdy widzę plakaty go reklamujący to zastanawiam się kto jest autorem wszystkich bardzo pochwalnych tekstów umieszczonych na nim? Zapewne nikt kto go obejrzał, bo tylko dla osoby która dopiero rozpoczyna swoją przygodę z kinem ten obraz może być zaskakujący, poruszający i ciekawy.

#223 Room 237, reż: Rodney Ascher

7432948.3Oglądając Lśnienie Stanleya Kubricka od samego początku ogarnia mnie jakiś dziwny i trudny do opisania niepokój, który dodatkowo potęguje dopieszczona do granic możliwości strona wizualna filmu. Dla mnie jest to przykład geniuszu sztuki filmowej. Jednak są na świecie ludzie, którzy zaczęli się nad nim zastanawiać znacznie dogłębniej niż ja, analizować i odnajdywać w nim różne ukryte przesłania. Twórcy dokumentu Room 237 postanowili zebrać najbardziej popularne z teorii i nakręcić o nich film. Sam pomysł wydawał mi się dość ciekawy i wyczekiwałem tego obrazu od dobrych kilku miesięcy, gdy tylko pierwszy raz o nim usłyszałem.

W końcu miałem okazję go zobaczyć, ponieważ okazało się, że jest wyświetlany na niedawno zakończonym w Krakowie festiwalu OffPlusCamera. Kupiłem pośpiesznie dwa bilety i wieczorową porą udałem się na seans. Sam początek był ciekawy. Ogólne i bardzo szybkie wprowadzenie w fabułę oraz cel przyświecający twórcom. Następnie przez prawie dwie godziny widz wysłuchuje kolejnych teorii, o czym tak naprawdę jest Lśnienie. Jedni widzą w tym próbę wyleczenia Amerykanów z postkolonialnej traumy. Inni głoszą teorię, że Kubrick za pomocą tego filmu przyznaje się do nakręcenia mistyfikacji pierwszego lądowania amerykanów na księżycu. Jeszcze innym razem z kolei tłumaczą ten film jako próbę wyleczenia traumy po hitlerowskich zbrodniach z II Wojny Światowej. Hipotez jest jeszcze kilka i trzeba przyznać, każda kolejna bardziej niedorzeczna.

Na samym początku ten dokument wydawał mi się interesującą możliwością spojrzenia na jeden z moich ulubionych filmów z innej, ciekawej perspektywy. Jednak im dalej trwała projekcja, tym bardziej docierało do mnie jak okropnie głupie, naciągane i szalone są wszystkie te teorie. Każda z nich opierała się na podstawie wydumanych dowodów, które pasują tylko i wyłącznie samemu twórcy danej tezy. Dla przykładu, teoria skłaniająca się do tłumaczenia Lśnienia jako panaceum na hitlerowskie zbrodnie oparta jest na tym, że główny bohater używa niemieckiej maszyny do pisania oraz pokazaniu stosu walizek które pojawiają się w jednej ze scen. Maszyna do pisania jest tłumaczona jako symbol biurokracji z pomocą której byli masowo zabijani Żydzi. Natomiast stos walizek ma się kojarzyć z pakunkami jakie pozostawiali po sobie ludzie w drodze do obozów koncentracyjnych. Niestety każda z teorii jest oparta na równie niedorzecznych dowodach. Jak dla mnie jest to tylko i wyłącznie przykład na to, że jeśli ktoś ma za dużo wolnego czasu oraz obsesję na jakimś punkcie to może dopasować wszystko tak, aby układało się w sensowną całość. Tak jak kiedyś było z kodem Biblii, który miał, rzekomo tłumaczyć jej wszelkie zawiłości i odkrywać przed ludźmi boski plan.

Jedynym walorem tego dokumentu jest jego strona wizualna. Została ona w pełni zrealizowana przy użyciu montażu głównie fragmentów filmów Kubricka, oraz wszelkich materiałów, które potwierdzałyby teorię aktualnie głoszoną przez jednego z narratorów. Dodatkowo dobrym posunięciem jest nie pokazywanie twórców teorii, tylko podłożenie ich wypowiedzi do odpowiednich obrazów. Dzięki temu uniknięto tzw. efektu gadających głów, co moim zdaniem dodatkowo uwypukliłoby wszelkie mankamenty całego dokumentu.

Miałem spore oczekiwania co do tego filmu i chyba dałem się zaślepić jego związkowi z Lśnieniem, zamiast na zimno zastanowić się nad nim zanim wybrałem się na projekcję. Na początku byłem ciekaw, potem śmiałem się z każdej kolejnej niedorzeczności, aż pod koniec filmu zdrzemnąłem się na jakieś kilkanaście minut. Moim skromnym zdaniem, szkoda marnować czasu na oglądanie tego nudnego dokumentu. Lepiej obejrzeć którykolwiek film Kubricka po raz kolejny.

#220 Iron Man 3, reż: Shane Black, scen: Drew Pearce oraz Shane Black

plakatTrzecia część przygód Iron Mana to bez wątpienia jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku i już okazał się wielkim komercyjnym sukcesem. W sumie nie ma się czemu dziwić. Powstał na podstawie bardzo znanej marki, miał wielką kampanie reklamową, więc poza geekami i zwykli ludzie pójdą z ciekawości do kina sprawdzić o co właściwie jest tyle szumu.

Z wiadomości jakie były dostępne przed premierą filmu, można było wywnioskować, iż będzie to przyjemne kino w sam raz na ciepły letni wieczór. Ciekawa fabuła opowiadająca o odwiecznej walce jedynego sprawiedliwego z przeciwnikiem tak złym i szalonym, że aż strach o nim myśleć. Główny bohater to ironiczny, bezczelny milioner, który posiada niezwykłą charyzmę i tym od razu zjednuje sobie widzów. W dodatku grany przez wspaniałego Roberta Downey Jr, który wygląda jakby to Iron Man był wzorowany na nim, a nie odwrotnie. W sumie gdyby się tak dokładniej przyjrzeć, cała obsada to sami dobrzy aktorzy świetnie dobrani do swoich ról. Dodając do tego wspaniałą oprawę wizualną otrzymujemy gotowy przepis na dobre kino rozrywkowe.

Uprzedzam lojalnie iż akapit poniżej może zawierać drobne spoilery więc czytacie na własne ryzyko. Nic konkretnego tam nie ma, ale ktoś może się zezłościć. Znajduje się tam również całe moje narzekanie i czepianie się szczegółów, więc można tu wrócić po projekcji i sprawdzić ile z tego jest prawdą.

Najpierw była część pierwsza przygód Iron Mana, która bezspornie była świetna pod każdym względem i zapoczątkowała modę na Tonego. Następnie z każdą kolejną częścią było już coraz gorzej, bo w sumie ile można oglądać ciągle te same przygody kolesia, który już nie bawi tak jak kiedyś? Swoją drogą poziom żartów z każdą kolejną częścią był coraz gorszy i naprawdę nie rozumiem z czego śmiali się ludzie w kinie na trzeciej części. Przepraszam ale nie śmieszą mnie gagi, gdzie główny bohater dostaje w twarz swoją własną maską podczas ubierania kostiumu. Następnym poziomem takiego humoru zapewne będzie gdy dostanie w krocze swymi metalowymi slipami. Przeszkadza mi również głupota serwowana przez scenarzystów. Ja rozumiem, że jest to na podstawie komiksów i w ramach konwencji. Jednak nie lubię jak robi się ze mnie idiotę. W jednej scenie Iron Man czeka, aż przyleci do niego jego kostium przechowywany w przydomowej szopie. Jednak problem jest taki, że drzwi szopy są zamknięte na kłódkę, a oknem zbroja wylecieć nie może bo szanuje prawo do własności jej właściciela i zarazem znajomego Starka. Gdy ów znajomy otwiera w końcu drzwi i tym samym wypuszcza zbroję, to 3 sekundy później już nie przeszkadza zbroi wlecieć przez okna do pomieszczenia złoczyńców, gdzie przetrzymywany jest główny bohater. Swoją drogą dlaczego Stark przez pół filmu naprawia jedną zbroję, skoro w piwnicy posiada ich tak z 30 na oko i dopiero pod koniec filmu sobie o nich przypomina? Z kolei wrogowie Iron Mana potrafią rozgrzać swe ciała do temperatury topiącej żelazo, ale koszule, które mają na sobie dalej są piękne i nienaruszone, tak samo jak włosy na ich głowach! Można takich głupot wymieniać więcej, które pięknie wszystkie widać w scenie finałowej, która swoją drogą jest przewidywalna do bólu.

Iron-Man-3-The-Mandarin-Wallpaper

Jednak z drugiej strony nie jest tak do końca źle. Co prawda przez drugą połowę nudziłem się i wolałem się zająć wynajdywaniem kolejnych nieścisłości, to jednak muszę przyznać – film jest zrealizowany świetnie. Całość robi naprawdę dobre wrażenie, wybuchów jest sporo, akcja widowiskowa i nawet 3D ładne. Chodź z drugiej strony nie jest jakieś rewolucyjne i gdyby go nie było to film na niczym by nie ucierpiał. Więc złości mnie trochę brak seansów w 2D i zmuszanie mnie do kupowania droższych biletów. Plusem jest również całkiem sprawnie poprowadzona fabuła, która jakby tak przymknąć oko na to co wymieniłem powyżej to jest nawet ok.

Zdaję sobie sprawę, że w głównej mierze czepiam się szczegółów, ale to one odbierają mi przyjemność z oglądania filmu. Nie uważam też, że ten film jest jakąś straszną porażką. Jego nawet do pewnego momentu ogląda się całkiem przyjemnie, jednak potem mnie znudził przez co w ogólnym rozrachunku jawi mi się jako film średni. Nic wspaniałego, jak starają się nam wmówić wszyscy spece od reklamy.

iron-man-3-03