Strona główna > film > #156 Prometeusz, reż. Ridley Scott, scen. Damon Lindelof i Ridley Scott

#156 Prometeusz, reż. Ridley Scott, scen. Damon Lindelof i Ridley Scott

Byłem, zobaczyłem i dobrze się bawiłem. Przed seansem przeczytałem kilka recenzji i przyznam nastawienie do filmu miałem dość marne. Teraz już po obejrzeniu zastanawiam się, o co chodzi tym wszystkim krytykantom. Zdaję sobie sprawę z wielu braków tego filmu i wiem, że daleko mu do arcydzieła. Jednak z drugiej strony wydaje mi się, że to całe psioczenie na Prometeusza zrobiło się tak jakby modne i teraz każdy kto tylko może na niego narzeka.

Prometeusz rozpoczyna się jak rasowe kino SF. Grupa naukowców odnajduje w jakiejś zapomnianej przez czas jaskini malowidła przedstawiające ludzi oddających cześć jakiejś sporych rozmiarów postaci wskazującej na pewny szczególny układ planet. Jakby tego było mało takie same obrazy odnajdują rozmieszczone na całej kuli ziemskiej na przestrzeni całej naszej historii i w przeróżnych kulturach. Kilka lat później zostaje skompletowana załoga statku „Prometeusz” składająca się z samych ekspertów w swoich dziedzinach, aby odnaleźć i zbadać planety wskazywane na malowidłach. Jak wszyscy pewnie się domyślają to, co znajdą na miejscu na pewno nie będzie tym, czego szukali i dość mocno im się to nie spodoba.

Jeśli wziąć ten film, jako całkiem osobną opowieść, a nie, jako origin Obcego to jest to dobre kino rozrywkowe z wszelkimi tego plusami i minusami. Pierwsza godzina filmu, w szczególności, pokazuje jak przyjemnym i dobrym kawałkiem kina on jest. Mianowicie jest to film SF pełną gębą. Starający się zadawać trudne pytania i doskonale czerpiący inspiracje z klasyki gatunku. Będący opakowany w mnóstwo gadżetów, podróż kosmiczną i wszystko to, co takie kino powinno mieć. Dla mnie pierwsza scena, w której pojawia się android David grany przez świetnego Michaela Fassbendera to mistrzostwo formy przypominające mi takiego klasyka jak 2001: Odyseja kosmiczna. Późniejsze sceny samotnej egzystencji podczas długiej podróży ku celu naszego bohatera też świetnie się wpisują w kanon gatunku. Jednak, gdy już minie pierwsza połowa filmu to zaczyna się dziać coraz gorzej i tu znajduję kilka powodów do narzekań. Film nagle z dobrego SF zmienia się w głupkowaty horror z grupą nastolatków zamkniętych w jakimś pomieszczeniu z mordercą grających w grę: Kto z nas przeżyje do końca? Dodając do tego dziury w scenariuszu i samobójcze zachowanie, co po niektórych członków załogi to jestem w stanie zrozumieć wszelkie narzekania na ten film.

Jak już wspomniałem powyżej dodatkowo, jeśli ktoś idzie do kina na ten film jak na genezę powstania Aliena to mocno się zawiedzie. Jednak nie rozumiem takiego zachowania bo sam Ridley Scott w wywiadach mówił, że Prometeusz nie ma być czymś takim. Co prawda występują w nim jakieś nawiązanie do serii tych filmów, dodatkowo cały obraz czerpie z tego świata i stylistyki H. R. Gigera jednak jest on całkiem inną opowieścią tylko luźno powiązaną z tym światem. Dlatego też uważam, że jeśli potraktujemy ten film, jako całkiem osobną historię to nagle okazuje się całkiem przyjemnym kinem rozrywkowym pozwalającym miło spędzić dwie godziny seansu.

Jeszcze jednym, ale bardzo ważnym aspektem o którym nie wspomniałem jest strona wizualna filmu. Fenomenalne zdjęcia zrealizowane przez Dariusza Wolskiego ze szczególnym uwzględnieniem początkowej sekwencji nakręconej w Islandii oraz scen przedstawiających samotną egzystencję androida Davida. Sceny te są po prosu piękne. Tworzą wspaniałą kompozycję wraz z dźwiękiem, które należałoby oglądać wyłącznie w kinie lub na rzutniku. W każdym bądź razie raczej w wielkim formacie i ze świetnym dźwiękiem. Cała strona techniczna filmu została dopieszczona w każdym najdrobniejszym szczególe wraz z olbrzymim statkiem kosmicznym, jego wnętrzem, a kończąc na całej koncepcji wyglądu obcej cywilizacji.

 Na początku film jest interesujący i mocno w klimacie SF. Później zamienią się trochę w horror przez co trzyma lekko w napięciu, a momentami z powodu dziur scenariusza niezamierzenie nawet śmieszy. Niespodziewanie z powodu takich zmian klimatu otrzymujemy film przy którym nie sposób się nudzić.  Dzieło czysto rozrywkowe sprawiające autentyczną frajdę i relaks, a chyba właśnie o to chodzi w takim kinie.

  1. 29 Lipiec 2012 o 08:48

    Poszedłem do kina drugi raz, już bez nastawienia „Alien #0 by Ridley Scott” i film jest świetny.

    A propos ciekawych detali, mnie przypadła do gustu technologia odczytu snów. Już jak oglądałem za pierwszym razem, liczyłem że to zostanie jakoś kreatywnie wykorzystane w dalszej części filmu – typu odczyt snu zarażonego Hollowey’a/ Fifielda po przemianie/ lub Shaw w ciąży a ich ludzkie sny będą zniekształcone przez obcy pierwiastek.

  2. 26 Lipiec 2012 o 21:50

    Dobrze to ujęliście. Pierwsza część to sprawnie zrobione i całkiem wiarygodne w swoim gatunku twarde SF, które mi z kolei skojarzyło się z Moon. Zawiązanie fabuły trzyma w napięciu i buduje oczekiwania, którym dalsza część niestety nie potrafi sprostać. To pewnie stąd to rozczarowanie, bo mieliśmy smaka na więcej.

    Z ciekawych detali, mi spodobały się próbniki budujące trójwymiarową mapę terenu. Świetny pomysł, w zasadzie możliwy do zrealizowania już w naszych czasach, dodatkowo dobrze wykorzystany do zbudowania atmosfery w filmie.

    Wodospad na początku od razu rozpoznałem, na żywo też robi wrażenie.

  3. Piotr Lipa
    26 Lipiec 2012 o 19:38

    Świetne porównanie zrobiłeś Prometeusza do Event Horizont albo Pitch Black. Dla mnie to jest właśnie taki film i w takiej kategorii jest świetny. Dobre kino rozrywkowe. Aż tyle, albo tylko tyle.

  4. 26 Lipiec 2012 o 08:45

    Myślę, że negatywne reakcje po obejrzeniu Prometeusza biorą się z otaczającej go akcji reklamowej. Ridley Scott może mówił w wywiadach, że film będzie luźno powiązany z Obcym, ale machina marketingowa przedstawiała to zupełnie inaczej. We wszystkich materiałach prasowych kładziono szczególny nacisk na to, że jest to powrót legendarnego reżysera, który na nowo zdefiniował gatunek SF, że jest to mocny powrót do universum Obcego, który odpowie na wiele pytań, postawionych w klasycznym „Alien”. I negatywne reakcje – przyznam, że ja też się rozczarowałem – wynikają z rozczarowania, po niepotrzebnie rozbudowanych przez reklamę oczekiwaniach.

    Film sam w sobie jest bardzo fajnym kawałem SF i gdyby mi ktoś powiedział „Obejrzyj, to coś takiego jak Pitch Black, albo Event Horizon”, to byłbym zachwycony. Ale jak ktoś mi mówi „obejrzyj, bo to powrót Ridleya Scotta do SF, który wyjaśnia pochodzenie Aliena”, to ta produkcja jest nie do zaakceptowania – banalna, powielająca klisze i odgrzewająca kotlety z poprzednich filmów tego typu.

    Chyba szczególnie boli tutaj postać „space jockey’a” – przez 23 lata ludzie zastanawiali się kim jest ten tajemniczy, skamieniały stwór, który kierował statkiem przewożącym jaja obcych. W gatunku takim, jak SF, odpowiedź mogła być naprawdę odjechana, niesamowita i fantastyczna a fani gatunku, którzy niejedną opowieść tego typu przeczytali i oberzeli, snuli najbardziej śmiałe wizje. Wymowna była tu rola Damona Lindelofa – gościa, który w „Lost” dowiódł że potrafi sprostać oczekiwaniom widza i zaskoczyć go (np. słynnym „włazem”, co do którego ludzie snuli przez kilka miesięcy domysły a i tak byli na koniec zaskoczeni wyjaśnieniem dokąd prowadził).

    [UWAGA SPOILER]

    A tymczasem okazuje się, że space jockey był naukowcem przewożącym broń biologiczną lub po prostu kierowcą bombowca! Dość banalne wytłumaczenie.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: